czwartek, 29 grudnia 2016

Bezdzietni kłamią

Podobno wszyscy kłamią. Rzadko, częściej, w mniej lub bardziej poważnych sprawach. Czasem kłamią mówiąc, że to dla czyjegoś dobra, innym razem z premedytacją i wcale nie w dobrej wierze. Czasem że strachu, a czasem z braku świadomości. Z braku świadomości kłamią głównie ludzie, którzy nie mają dzieci. Jestem głęboko przekonana, że bezdzietni nie kłamią z premedytacja, oni po prostu nie znają życia. Jeśli przyjdzie im doświadczyć bycia rodzicami to prędko zmienią zdanie i dopiero wtedy dotrze do nich, jak bardzo i wielokrotnie mijali się niegdyś z prawdą. Jak myślicie, skąd to wiem? Sama kiedyś nie miałam dziecka i też notorycznie kłamałam...

piątek, 16 grudnia 2016

Kruche ciasteczka z maszynki do mięsa

Uwielbiam wszelkie ciasta, ciastka i ciasteczka. Wyszukuję nowości, które skradną moje serce, i które mam nadzieję będę potrafiła przygotować w moim domu. Jednak nie ma to jak sprawdzone przepisy przechodzące z pokolenia na pokolenie i smaki wspominane z sentymentem. Bardzo często smaki dzieciństwa. Staram się piec raz po raz coś pysznego, czego zapach rozniesie się po całym domu, a ostatnio rozpoczęłam masową produkcję najlepszych ciastek na świecie. Ciastek, które pamiętam z dzieciństwa, a o których na długi czas zapomniałam. Przypomniałam sobie o nich, bo...

czwartek, 1 grudnia 2016

Każda matka to robi...

Wyobrażenia o macierzyństwie nigdy nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Powtarzam to za każdym razem jak mantrę, bo nie dla wszystkich jest to oczywiste. Warto jednak to zapamiętać i głosić a przyszłym mamom mówić, że nie powinny nastawiać się na różowe jednorożce pląsające po łące z waty cukrowej, która pachnie gumą balonową. Macierzyństwo to ciężki kawałek chleba. Rodzicielstwo właściwie, bo nie ma co umniejszać roli ojców. Ich wyobrażenia też bywają inne niż rzeczywistość, z którą muszą się zmierzyć. Nie chodzi nawet o standardy, że przed porodem zarzekasz się, że nie będziesz puszczała dziecku bajek w tv, ono nie będzie jadło kupnych słodyczy i nigdy nie rzuci się na podłogę w sklepie. W końcu i tak kupisz kinder jajko, pozwolisz lizać posadzkę w osiedlowym warzywniaku i puścisz Tomka i przyjaciół dla chwili spokoju, na dodatek oburzona, że znów powtórka. To własnie rzeczywistość.

Wyobrażenia mogą być bardzo różne. Są jednak sprawy, których nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, póki nie zostaniemy rodzicami...

czwartek, 24 listopada 2016

Ciemne kolory na jesień - Golden Rose

Często kupowałam kosmetyki bez przemyślenia sprawy, porównania firm czy składów produktów - kierowałam się głównie ceną i wyglądem, a jak wiadomo to bywa złudne. Wszystko jednak się zmienia, tak jak nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie malować paznokci na ciemne kolory a po porodzie mi się odwidziało! Kupiłam śliwkowy, prawie czarny lakier - przepadłam, uwielbiam ciemne paznokcie! Tak samo uwielbiam testować, szukać swoich ulubieńców, którzy w kosmetyczce muszą być obowiązkowo i nie zamienię ich na nic innego. Tak własnie szukając ulubieńców i testując, dałam się przekonać firmie Golden Rose, która na polskim rynku istnieje od kilkunastu lat i bardzo dobrze, że można znaleźć coraz więcej punktów z tymi kosmetykami, bo warto - niska cena, zadowalająca jakość! 

piątek, 18 listopada 2016

Bunt dwulatka

Prosiłam Tadeusza, żeby nie zamykał drzwi od piwnicy, póki nie wyciągnę wózka, bo chcę mieć go na oku. Zamykał, mimo że prosiłam kolejne kilkanaście razy. W końcu naprawdę zirytowana pytam: Tadeusz, ile razy ja mam do Ciebie mówić?!
Chwila zastanowienia. Na palcach pokazał, że "dwa".
Szlag mnie trafił, ale jak tu się gniewać, kiedy dziecko rozkłada nas na łopatki w ciągu kilku sekund. Nie da się ukryć i nigdy nie będę udawała, że jest inaczej - moje dziecko wyprowadza mnie z równowagi kilkanaście razy dziennie. Nawet jeśli stwierdzam, że moja cierpliwość jest wielka (a nigdy nie była to moja mocna strona...) to ciągle jest za mała w obliczu wyzwania, jakim jest znany wszystkim rodzicom bunt dwulatka. Czy tego chcemy, czy nie to większości rodziców dwulatek kojarzy się z buntem i trudno ten schemat obejść. Tak po prostu się przyjęło, że wszystkie niepożądane przez rodziców zachowania małego człowieka można podciągnąć pod bunt dwulatka. To tak samo, jak wkurwiona kobieta żrąca czekoladę na przemian z chipsami ma okres, nie inaczej. A wracając do dwulatków to każde zachowanie, każde emocje, właściwie wszystko można usprawiedliwić wówczas buntem. Wiecie - nic nie zrobisz, taki wiek, wszystkie dzieci tak mają, trzeba przetrwać...

sobota, 12 listopada 2016

Make up na co dzień - paletka cieni MUA


Znam doskonale śpiewki o tym, że po pierwsze liczy się naturalność, po drugie każda kobieta jest piękna, po trzecie przy dziecku to nie ma czasu na robienie makijażu i strojenie się... Bla bla bla. W moim odczuciu to totalna bzdura. Lubię się malować i bardzo lubię swoją twarz w makijażu. Co więcej nie wiele znam kobiet, które bez makijażu wyglądają lepiej niż umalowane. Nawet jeśli w wersji "no make up" wyglądam znośnie to żyję w przekonaniu, że skoro można podrasować to i oto, by wyglądać lepiej, warto to zrobić. To nie tak, że nie wyszłabym z domu bez makijażu i za wszelką cenę muszę być pomalowana... ale jest to dla mnie codzienność niczym mycie zębów czy poranne przebieranie z piżamy w ubranie. Co więcej, mam dziecko i nadal twierdzę, że można wygospodarować kilka minut na zrobienie makijażu. Nie ma co dyskutować, można i już! Warto pamiętać, że mama to również zadbana kobieta...

czwartek, 3 listopada 2016

Czym jest macierzyństwo?

Czym jest macierzyństwo? 
To pytanie zadałam pięćdziesięciu różnym kobietom, również samej sobie. Niesamowicie trudno jest podać jednoznaczną odpowiedź, chociaż na pierwszy rzut oka to banalnie proste! Zgodnie z definicją zaczerpniętą ze słownika języka polskiego PWN, macierzyństwo oznacza: bycie matką i związane z tym uczucia, doznania, powinności. Tak, googlowałam na potrzeby posta! Definicja krótka i prosta jak drut, więc w czym tkwi problem? A no w tym, że przede wszystkim trudno ubrać w słowa to teoretycznie proste i oczywiste. Jakie doznania? Jakie uczucia? Jakie powinności? Czasem najtrudniej odpowiedzieć właśnie na najprostsze pytania, bo nie wszystko okazuje się być w rzeczywistości takie klarowne, jak mogłoby się wydawać podczas czytania mądrych książek. A jednak każdej z pięćdziesięciu kobiet - mam, udało się odpowiedzieć na pytanie!

czwartek, 27 października 2016

Domowy peeling kawowy

Gwarantuję, że nie ma lepszego sposoby na złuszczenie martwego naskórka i poprawienie stanu skóry, niż domowy peeling kawowy! Najlepszy, z najlepszych! Gruboziarnisty, aromatyczny i skuteczny! Najczęściej używam go jako peelingu do twarzy, rąk i stóp, ale jak już brudzić wannę to na całego - świetnie nadaje się do peelingowania całego ciała!

Kofeina zawarta w kawie ma za zadanie wspomagać walkę z cellulitem, ponieważ działa rewitalizująco i regenerująco. Pobudza mikrokrążenie krwi, dotlenia komórki skóry, aktywuje wydalanie toksyn a także wspomaga rozpad i wydalanie tkanki tłuszczowej, dlatego znajduje się w składzie wielu produktów antycelulitowych, modelujących i wyszczuplających, które można kupić w sklepach. Jednak nie ma co przepłacać, kupować produktów, których cena nie zawsze idzie w parze z jakością. Znacznie lepiej wypić gorącą kawę w domowym zaciszu, a potem wtórnie wykorzystać fusy, które zostaną na dnie zaparzacza! Dwa w jednym, podwójna korzyść, podwójna przyjemność, dwie pieczenie na jednym ogniu! Domowy peeling kawowy jest idealny! Nie ma jednak co się oszukiwać, żaden specyfik, który będzie posiadał w składzie kawę, a więc kofeinę nie sprawi, że zrzucimy kilka kilogramów a skóra będzie jędrna, gładka i bez efektu skórki pomarańczy. Szansa na poprawę wyglądu skóry istnieje, o ile regularne stosowanie peelingu kawowego idzie w parze z prowadzeniem zdrowego trybu życia, a więc aktywnością fizyczną, utrzymaniem prawidłowej wagi ciała, zdrową dietą... ale nawet jeśli nasza skóra nie będzie bez skazy to po tym peelingu będzie przyjemna w dotyku, gładka i miękka!

sobota, 22 października 2016

Bilans dwulatka



Tadeusz skończył 25 miesięcy. Jednak podsumowującego ten miesiąc posta nie będzie. Podsumowań kolejnych, pojedynczych miesięcy, które nastąpią również. Drugi rok życia dziecka jest równie obfity w zmiany, jak pierwszy, chociaż zachodzą one nieco mniej spektakularnie. Mam wrażenie, że drugi rok jest czasem doskonalenia umiejętności, które dziecko posiadło w ciągu roku poprzedniego. Wiadomo, że dziecko uczy się wielu nowych rzeczy, ale skoki rozwojowe są mniej widoczne i wszystko dzieje się jakoś bardziej płynnie, ciężko wychwycić ten jeden konkretny moment, kiedy zdarzyło się coś zupełnie nowego! W pierwszym roku wszyscy rodzice czekają na pierwsze razy. Na to, by pierwszy raz niemowlę świadomie się uśmiechnęło, przewróciło z pleców na brzuch, pierwszy raz zjadło coś innego niż mleko albo pierwszy raz usiadło stabilnie. Czekają na pierwsze słowa, pierwsze zęby, pierwsze kroki... Gdziekolwiek nie czyta się o drugim roku życia dziecka, tam znajduje się informacje o doskonaleniu mówienia i chodzenia, generalnie sprawności ruchowej, a ponadto mają zajść widoczne zmiany w dziecięcym myśleniu. Generalnie wszystko co pierwsze już było, nawet pierwsze licytacje między matkami na placu zabaw o to, czyje dziecko jest najlepsze. 

czwartek, 20 października 2016

Natalia Sajnok

Od czterech miesięcy jestem mamą. Okres ciąży był dla mnie wyjątkowym czasem przygotowań i przemian, wielu wzruszeń i niepokojów. Nie czułam się jednak mamą. Uwielbiałam głaskać mój okrągły brzuch, cieszyło mnie kupowanie kocyków, czarnych bodziaków i flanelowych pieluch w męskie wzory, ale wszystko to było dla mnie bardzo abstrakcyjne. Cieszyłam się, ale tak naprawdę nie wiedziałam jeszcze na co. Mój instynkt macierzyński pogrążony był w głębokim śnie i nawet słodkie kopniaki nie mogły mi nadać tożsamości mamy. Wzruszyłam się do łez pierwszym wyraźnym odczuciem pulsującego bąbla w moim brzuchu, rozczuliło mnie, gdy na USG 3D zobaczyliśmy słodko ziewającą buźkę, ale to nie było jeszcze to.

TO pojawiło się, gdy po kilkunastu godzinach wysiłku usłyszałam krzyk i zobaczyłam niemałego, bo prawie pięciokilogramowego, człowieka, zwiniętego jak budda, z jajowatą głową. Położono go na mnie i krzyk ucichł, a macierzyństwo rozlało się przeogromną, niezmierzoną, bezwarunkową falą miłości. Ot tak, po prostu, naturalnie. W moich ramionach leżał nasz Owocek, cud nad cudy, abstrakcja urzeczywistniła się. Miłość, która wypełniła salę poporodową, gdy razem z Mężem wpatrywaliśmy się w naszego Synka, była tak prawdziwa i namacalna, że dało się ją kroić i jeść łyżeczką.

Natalia i Wiktor
fot. Oskar Sajnok

czwartek, 13 października 2016

Natalia Sokołowska z Kakaludek

Do rodzicielstwa się dorasta…

Z Tatą Kakaludka poznaliśmy się w liceum. W kole teatralnym. Można powiedzieć, że to takie typowe love story - ja dziecko emo wiecznie ubrana na czarno, on hip-hopowiec w spodniach do ziemi. Pierwsze spojrzenie i pierwsza rozmowa - już wtedy wiedziałam, że to coś poważnego. Po tygodniu zaczęliśmy być parą. I tak nam zostało do dzisiaj.

Różniło nas wiele, a jeszcze więcej  łączyło. Mało kto życzył nam szczęścia, bo przecież to tylko pierwsza miłość - musi się skończyć. Wbrew przeciwnościom losu udało nam się stworzyć dobry związek, który przetrwał niejedną próbę, a zwłaszcza próbę czasu. Jak widać przeciwieństwa naprawdę się przyciągają.

Dziesięć lat razem. Pięć lat mieszkania ze sobą. W tym cztery lata we własnym domu. Dwa spłacone kredyty. Jedno auto. Jeden kot. Przyszedł w końcu moment, że zaczęliśmy myśleć o dziecku. Temat pojawiał się między nami od dawna, ale znikał pod nawałem różnych życiowych problemów. Do czasu, aż nic nie stało się dla nas ważniejsze.

Natalia i Kuba
fot. Selfie

środa, 12 października 2016

Haul kosmetyczny #1

Nie wiem czy wiecie, ale dwa razy do roku jedna z bardziej znanych drogerii ogłasza promocję -49% na kolorówkę. Promocja podzielona jest na trzy części, trwa trzy tygodnie: pierwsza dotyczy kosmetyków do ust i paznokci, druga kosmetyków do oczu, a trzecia kosmetyków do twarzy. Świadomie używam słów: Nie wiem czy wiecie... bo macie prawo nie wiedzieć w końcu matki najczęściej szukają promocji na ubranka dziecięce albo dresy. Taki żarcik! 

Nie da się ukryć, że obniżka o 49% to mega promocja i warto z niej skorzystać. Ma oczywiście swoje minusy, bo kosmetyki rozchodzą się jak świeże bułeczki, więc czasem ciężko dostać upatrzony przez nas produkt lub odpowiedni odcień kosmetyku, pasujący do naszego typu urody. Kolejnym minusem jest to, że wiele produktów traktowane jest przez ludzi jak testery, więc należy sprawdzać czy danego kosmetyku ktoś przed nami nie używał. Nie mniej jednak warto przy takie okazji zrobić zapas kosmetyków, które używamy regularnie albo kupić taniej nowe produkty, których dotąd nie mieliśmy, a chcemy przetestować. Ja przyznaję, że czekam na tę promocję i robię zapasy ulubionych kosmetyków, które kupione niemal za połowę ceny uwielbiam jeszcze bardziej niż kiedy zapłacę za nie standardową kwotę.

Oto mój pierwszy haul zakupowy i moi ulubieńcy!



czwartek, 6 października 2016

Ola Przybylska

Hmmmm, od czego by zacząć... Ja niepoprawna optymistka, tak rzekłam o sobie kiedyś sama i tak niech zostanie, bo to właśnie pozytywne myślenie nakręciło całe moje macierzyńskie, i nie tylko zwariowane życie!

Miesiąc temu - 10 rocznica ślubu, roczek młodszego synusia Bartka. Starszy Adaś właśnie skończył 2,5 roku... nijak w świetle obecnego świata mają się te lata do siebie. Ale czasem tak życiu bywa, że oczekiwane staje się nieoczekiwanym i odwrotnie.

Na dzieci długo musieliśmy czekać. Codzienna walka z chorobą bywa męcząca, ale jak się "wół" uprze to nie ma rady... i tak my - ja i mój cudny wybranek Timek - jak te "woły" nie daliśmy za wygraną i walczyliśmy nastawiając się nawzajem do pozytywnego myślenia. Gdzieś, po kilku latach pojawiła się nadzieja na założenie pompy insulinowej (i chwała Owsiakowi za takie akcje!), która miała poprawić moje wyniki i dać zielone światło... zapisałam się więc na listę oczekujących. Dwa miesiące później - podejrzenie nowotworu. Wtedy czułam, że grunt pali mi się pod nogami i mogę już nigdy nie poczuć jak to jest być matką. Szymek - tatą...


Ola, Szymon z Adasiem i Bartusiem
fot. Album rodzinny


Chwila zwątpienia była krótka... miesiąc później było już usunięte to co miało. My pozytywnie nakręceni, miesiąc po operacji odbieramy wyniki - wszystko ok. Pół roku po tych wojażach zadzwonił telefon... jest dla mnie pompa!! Świat stoi przed nami otworem! Zakładamy, uczymy się z nią żyć... patrząc pozytywnie w przód... wyniki coraz lepsze. Po nieco ponad pół roku zaszłam w pierwszą ciążę. Było to krótko przed naszą 7 rocznicą ślubu. Nasz cud!! Oboje wiedzieliśmy, że będzie to okres ogromnej walki, a nie przysłowiowego jedzenia lodów w środku nocy. Tak też było, notoryczne badania, wyrzeczenia, bardzo wyidealizowany zdrowy tryb życia. Co by pięknie nie było... w 36 tygodniu ciąży wypadek samochodowy. My jednak nie przestaliśmy pozytywnie patrzeć w przyszłość, ze wszystkich sił walczyliśmy o nasz Cud. I tak zachłyśnięci swoim szczęściem w marcu 2014 roku zostaliśmy rodzicami pięknego, zdrowego chłopca.

czwartek, 29 września 2016

Małgorzata z Mamachef

Mam na imię Małgorzata. Mamą zostałam cztery lata temu. Moja córeczka przyszła na świat na Lazurowym Wybrzeżu, w  szpitalu z pysznym jedzeniem (podobno w Polsce bywa z tym różnie) i pięknym widokiem za oknem. Kilka godzin po porodzie, leżąc z małym człowieczkiem u boku i mężem drzemiącym na skraju łóżka, patrzyłam na palmy falujące za oknem i wiedziałam, że zaczynając nowe życie w takim miejscu wszystko musi udać.

Przyznaję, że z momentem narodzin dziecka poczułam ulgę, że ciąża i związane z nią niedogodności są już za mną. Sam poród też nie należał do przyjemności, dlatego cieszyłam się, że Malutka jest już z nami. W końcu dokonałam najważniejszej rzeczy w moim dotychczasowym życiu! Tak czuję do tej pory! Niemożliwa do opisania jest więź, jaka rodzi się pomiędzy matką a dzieckiem. Teraz rozumiem wszystkie zbzikowane mamuśki na punkcie swoich dzieci, nadopiekuńcze wariatki, które poza dzieckiem nie widzą świata, zatroskane mamy. Jestem jedną z nich! Oczywiście celowo wyolbrzymiam, bo zdrowy rozsądek trzeba zachować i łeb na karku też się przydaje, szczególnie przy małym dziecku. Bezgraniczna miłość i kompletne oddanie. Sens macierzyństwa potrafi zrozumieć tylko matka. W innym wypadku jest to niepojęte.

Małgorzata i
fot. Album rodzinny

sobota, 24 września 2016

Zupa krem z dyni z pomidorami

Uwielbiam zupy. Uwielbiam je robić, ale przede wszystkim jeść. Zupa to idealne rozwiązanie na obiad, kiedy ma się dzieci, bo większa porcja zostanie na kolejny dzień i wystarczy tylko podgrzać, więc problem z głowy. To doskonała opcja, kiedy nie zawsze cała rodzina może zjeść obiad o jednej porze albo kiedy niejadek wydziwia i trzeba robić podejście do obiadu kilka razy, a nie chcemy żeby mały człowiek jadł zimny posiłek. Ogólnie zupy są super, pyszne, pożywne i stosunkowo nie wiele czasu potrzeba by je zrobić. Właściwie wszystko wrzucić do gara i zupa robi się sama. Rosół, pomidorową i kalafiorową mogłabym jeść na przemian, aż by mi wyszły uszami. Osobiście latem uwielbiam orzeźwiającą owocową, ale muszę jeść sama, bo ani Tadeusz ani Tata Tadeusza nie podzielają mojego entuzjazmu. Za to ogórkowa króluje równie często co trójka wyżej wspomnianych faworytów, a wraz z nią krupnik uwielbiany przez Tadka. No, ale do sedna... Najlepszą zupą jesienną, na którą czekam cały rok jest zupa dyniowa! Gęsta, rozgrzewająca i przepyszna! W tym roku postanowiłam zamknąć ją w słoikach na zimę, żeby dłużej móc cieszyć się jej smakiem, nawet po sezonie. Wersji zupy dyniowej istnieje wiele, właściwie sednem sprawy są przyprawy, których się używa, i które nadadzą kremowi konkretnego smaku, bo dynia sama w sobie jest stosunkowo mało wyrazista, chciałoby się rzec, że bez smaku.

czwartek, 22 września 2016

Agnieszka Fechner z Pani Matka

Macierzyństwo to dla mnie dopełnienie związku, to wynik miłości, kobiece spełnienie, a zarazem ciężka praca i największe wyzwanie wydobywające z nas nie tylko to co w nas dobre i piękne, ale też to co chowamy przed samymi sobą i resztą świata. 

Bycie we dwójkę po ślubie było dla nas niesamowicie pięknym czasem, ale po niecałym roku zaczęliśmy odczuwać pewien niedosyt. Czułam, że potrzebujemy czegoś więcej. Byłam na drugim roku studiów i racjonalne wydawało mi się poczekać z macierzyństwem.  Wierzę jednak głęboko, że jest Ktoś kto ma większy łeb od nas i naprawdę dobrze kieruje naszym życiem. Czasem niezgodnie z naszymi planami i oczekiwaniami, ale ZAWSZE z dobrym skutkiem. Tak też było tym razem.

fot. Pani Matka

piątek, 16 września 2016

Powidła śliwkowe

Zawsze z utęsknieniem czekam na lato, które daje możliwość noszenia zwiewnych kiecek, sandałów i narzekania na wysokie temperatury. Czekam na świeże owoce i warzywa, które kupię na pobliskim targu zamiast w markecie, i które smakują o niebo lepiej, niż kupione w każdej innej porze roku. A po potem, kiedy już nasycę się wszystkimi smakami, upałem, słońcem to uwielbiam koniec lata, ciepłe i słoneczne początki jesieni... kasztany i żołędzie spadające z drzew, a potem złote i szeleszczące pod stopami liście. Niższe temperatury, które zmuszają do ubrania miękkiego swetra i grubych rajstop do sukienki, uwielbiam jesienne ubrania! Uwielbiam chłodne poranki, rześkie powietrze, gorącą i rozgrzewającą herbatę z malinowym sokiem, a przede wszystkim uwielbiam jesienne jedzenie! Uwielbiam wyczekiwane przez cały rok dojrzałe śliwki, soczyste gruszki, słodkie kukurydze w kolbach i wielkie dynie, które świetnie nadają się na zupę krem, kompot, placki...

czwartek, 15 września 2016

Adriana Krynicka z Kosmetomama

Macierzyństwo to pomieszanie zmysłów i  uczuć. Z jednej strony cieszysz się, że maluch zaczyna chodzić, a z drugiej boisz się o niego, że zaraz zrobi sobie krzywdę. I tak do końca życia póki będziesz matką. I na tym już praktycznie mogłabym skończyć mój wpis na temat tego, czym jest dla mniej macierzyństwo, ale może opowiem trochę więcej o tym, jak to moje macierzyństwo wygląda w praktyce i jak to się stało, że mogę się tym macierzyństwem cieszyć.

Zaczynałam właśnie studia magisterskie. Miałam przerwę w nauce, ponieważ w kierunku kosmetologia wtedy były tylko studia licencjackie. Więc skończyłam licencjat a potem pracowałam 3 lata jako kosmetolog w salonie kosmetycznym. Po tym czasie pojawiła się możliwość podejścia do studiów drugiego stopnia. Więc złożyłam papiery. Studia się zaczęły.

Byłam już mężatką i miałam swoje cztery kąty. Któregoś dnia postanowiłam zapytać się męża czy nie che mieć już dziecka, bo ja już jestem gotowa. Wcześniej już o tym gadaliśmy. Pomyślałam, że jak każdy gada, „że staranie się o dziecko to długi proces”, to może zacznijmy już dziś, żeby nie tracić czasu, bo i tak trochę to potrwa przecież.

W komplecie
fot. Album rodzinny

środa, 7 września 2016

24. miesiąc życia Tadzia

Jeszcze ciągle zapach żelu pod prysznic w niebieskiej transparentnej butelce, kojarzy mi się z porodówką i pierwszym prysznicem wziętym na spokojnie dobę po urodzeniu syna. Co wieczór w wannie przywołuję te wspomnienia, które przerywa wbiegający znienacka do łazienki chłopiec, topiący w wodzie gumowe kaczki i pudełka po jogurcie, które pozwalają bez krzyku co wieczór spłukiwać pianę z jego delikatnych włosów. Wspominam z sentymentem szpitalne sale, kroplówkę odmierzającą czas do wyczekiwanych skurczów, niepokojący dźwięk zwiastujący zanik tętna, stres, pośpiech i szczęście, którego trzeba doświadczyć, bo opisać nie sposób... więc stale na sklepowych półkach szukam tego samego żelu pod prysznic, o tym samym zapachu, jakby ze strachu, że bez niego wszystko w pamięci się zatrze. Dopiero co blizna po cesarskim cięciu zbledła, a mój syn ma już dwa lata, skończone dwadzieścia cztery miesiące! Teoretycznie to nie wiele, ale kiedy pomyślę o wszystkich nowych dla nas doświadczeniach, o trudach, smutkach i uśmiechach przez łzy, o donośnym śmiechu, który rozpędza najciemniejsze chmury i upadkach, które motywują do tego by wstać i dalej zdobywać szczyty... to jednak wiem, że dwa lata dla naszej rodziny to szmat czasu. Szmat czasu dla małego człowieka, który codziennie uczy się życia! Każda matka to powie, więc i ja pozwolę sobie na stwierdzenie oczywiste i banalne, że na przestrzeni swojego (dwudziestotrzyletniego) życia nie przywołam w pamięci innych, piękniejszych dwóch lat, niż te, kiedy jestem mamą Tadeusza. Mamą najwspanialszego chłopca na świecie!

czwartek, 1 września 2016

Blanka Bednarkiewicz


Jako dzieci mamy wiele marzeń. Różne miewamy pomysły na to kim będziemy w przyszłości. Dziecięca fantazja nie musi być ani spójna, ani logiczna. Zdarza się czasem, że nasze plany wobec dorosłości potrafią wykluczać się wzajemnie. Tak również było i w moim przypadku.

W IV klasie podstawówki na lekcji historii, omawialiśmy temat, w który dość sensacyjnie wplątany był, jeden z bardziej przebiegłych papieży. Nieustępliwa pani historyk, widząc brak zaangażowania ze strony uczniów, zawsze starała się rozpalić naszą ciekawość opowiadając intrygujące opowieści krążące w okół tematu. Tego dnia muszę przyznać, iż udało się pani rozpalić nie tylko moją ciekawość, a wręcz obudzić we mnie fascynację. Opowieść o ukrytej w majestatycznych budynkach Watykanu komnacie, w której miała znajdować się elitarna, dostępna tylko dla urzędującego papieża, biblioteka, wywołała u mnie absolutną potrzebę posiadania wiedzy o lekturach jakie oczywiście, hipotetycznie, mogłyby się tam znajdować… Od tego dnia moje młode serce i skrzydlata wyobraźnia marzyły tylko o dwóch rzeczach: o zostaniu papieżem oraz zostaniu mamą. 

Blanka i Emma
fot. Album rodzinny

sobota, 27 sierpnia 2016

Nie wiem jak Ty, ale ja mam tak codziennie



Wiecie co w macierzyństwie jest najgorsze? Żyjemy w społeczeństwie, które uważa, że ma prawo do oceniania naszych relacji z dzieckiem i zachowań podpatrzonych na ulicy a co więcej wytykania nam zauważonych błędów, nigdy prosto w oczy. Najgorsze w tym społeczeństwie są właśnie matki, jedna świętsza od drugiej.  W tym środowisku, krytykowanie, oceniania i komentowanie są na porządku dziennym. Oczywiście póki to ja - matka idealna, najświętsza w okolicy - krytykuję, oceniam i komentuję innych, bo jeśli chodzi o mnie to nikt nie ma prawda wchodzić z butami w moje życie. Zgadza się?

Sama każdego dnia uczę się nie oceniać innych, a wszystko chociażby dzięki Tacie Tadeusza, który zawsze stara się najpierw rozważyć wszystkie możliwości, a dopiero potem wyciągać wnioski, i który stara się poznać temat, zanim zabierze głos. W większości afer medialnych brakuje mu zawsze przedstawienia drugiej strony medalu (ach Ci dziennikarze...) i dystansu, którego ja próbuję się uczyć, którego próbuję nabrać, zanim wydam - być może krzywdzący i niesłusznie wydany - osąd. Sama nie chcę, żeby ktokolwiek osądzał mnie na podstawie sytuacji wyrwanej z kontekstu. Właśnie Tata Tadeusza nie raz, nie dwa zwracał mi uwagę na to, że oceniam rzeczywistość przez pryzmat odcinka wyrwanego z pewnej całości i krytycznym okiem patrzę na coś, czego tak naprawdę dokładnie nie sprawdziłam i nie widziałam w pełnej krasie. Trudno było mi się z nim nie zgodzić, a druga rzecz, zawsze bardzo łatwo jest oceniać sytuację, póki jesteśmy jedynie obserwatorami i sprawa bezpośrednio nas nie dotyczy. Jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia... w związku z tym bezdzietni chętnie doradzają jak zająć się niemowlakiem, a matki niemowlaków z przyjemnością wypowiedzą się, jak radzić sobie ze starszakiem, który akurat przechodzi wszystkie możliwe bunty na raz. W końcu wszystko jest takie proste i oczywiste, prawda?

czwartek, 25 sierpnia 2016

Ola Hryców

Bardzo dobrze pamiętam moment, gdy pomyślałam "ojej... mam owulację... teraz na pewno będę w ciąży!". Tak się też stało. Od tamtej chwili świadomość, że będę mamą była dla mnie źródłem nieustannej radości. Sama ciąża przebiegała absolutnie prawidłowo, całymi dniami wcinałam bułki mleczne na przemian z sokiem pomidorowym, a wieczorem, aby zmniejszyć nudności popijałam herbatkę z imbirem przygotowaną przez męża. Raz po raz widywaliśmy nasze maleństwo na ekranie USG, ale za to codziennie gadaliśmy do brzucha, w którym najczęściej około północy malec zaczynał robić spacery. To były początki... 

Ola i Marcinek
fot. Album rodzinny

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Czekoladowe ciasto z cukinią

ciasto z cukinii
Uwielbiam domowe ciasto! Generalnie lubię spędzać czas w kuchni, chociaż więcej radości niż gotowanie, sprawia mi właśnie pieczenie. Uwielbiam sprawdzone przepisy, które wyniosłam z rodzinnego domu, a z których ciasta zawsze wychodzą idealne. Czasem dając komuś przepis muszę co prawda, poważnie zastanowić się, jak nazwać dane ciasto, bo zdarza się, że w naszym domu funkcjonuje ono pod inną, niż ta ogólnie przyjęta, nazwą. Na przykład sernik znany przez wszystkich, jako czarno-biały albo królewski, u nas nosi nazywa się Sernik pani Lalki. Wydaje mi się, że pani Lalka, która notabene nazywała się zupełnie inaczej, była znajomą babci i to właśnie od niej przepis trafił do naszej rodziny. Być może moja mama kojarzy jeszcze panią Lalkę, ale ja jej nie znam. A moje dzieci, jeśli dostaną rodzinny przepis, z pewnością będą przekonane, że Pani Lalka to postać fikcyjna, nie mniej jednak przepis pozostanie... Prawda jest taka, że większość przepisów, krąży z rąk do rąk pomiędzy babciami, córkami, wnuczkami, matkami i przyjaciółkami. Sama mam mnóstwo karteczek, na których notuję składniki - czasem nawet bez nazwy, by potem zastanawiać się, co miało wyjść z danego przepisu - na sprawdzone dania, które gdzieś mi zasmakowały. Z czekoladowym ciastem z cukinią było podobnie - przepis na nie, dostała od kogoś moja mama. Wypróbowała i podała dalej... bo warto!

czwartek, 18 sierpnia 2016

Michalina

Bycie mamą okazało się być dla mnie  ratunkiem. Nie wiadomo czy nie skończyłabym źle, co wróżyło mi wiele osób, gdyby nie ciąża.

Nie staraliśmy się o dziecko. Poznaliśmy się w styczniu, wyjechałam za pieniędzmi i za nim do Belgii w czerwcu i po kilku tygodniach zaczęłam się dziwnie czuć.Wstawałam w nocy, bo pęcherz nie wytrzymywał, strasznie bolały mnie piersi. I wciąż miałam w głowie tą dziwną myśl, która prześladowała mnie od pogrzebu ukochanej babci, jeszcze zanim wyjechałam za granicę. Nie wiem skąd i dlaczego, ale na tym pogrzebie przemknęło mi przez myśl: "No teraz to mogę być w ciąży". Zupełnie znikąd, bo ani za dziećmi nie przepadałam, ani nie było mi śpieszno mieć swoje pociechy. Prowadziłam, delikatnie mówiąc "imprezowy" tryb życia. Miałam dobrą pracę, mieszkałam sama, często zmieniałam "chłopaków", nie stroniłam od używek i całonocnych imprez. Nie tak dawno zerwałam zaręczyny! A tu taka dziwna myśl. Mój ówczesny sceptycyzm ją odrzucał, ale serce się nią niepokoiło. I okazała się być prorocza.

Wróćmy do mojego dziwnego samopoczucia. Nastał czas zjazdu do Polski. Wracałam z bijącym sercem. Już wiedziałam, że prawdopodobnie jestem w ciąży, ale nie chciałam w to wierzyć. Od razu po drodze kupiliśmy test i zastosowanie go było pierwszą rzeczą jaką zrobiłam, kiedy weszłam do domu. Pozytywny. Dalej nie wierzę - niemożliwe, nie ja! Ja się nie nadaję! Poszliśmy do lekarza. Czekaliśmy od godziny czternastej do osiemnastej trzydzieści. "No nic tylko się cieszyć!" - usłyszałam. Zakręciło mi się w głowie.
Dostałam ładną różową teczkę, książeczkę ciąży i katalog z zaleceniami dotyczącymi żywienia w ciąży i karmiąc piersią. Prawie się do siebie nie odzywaliśmy, w takim byłam szoku. Ale już od kilku dni po prostu to wiedziałam, więc skoro już potwierdziłam ten fakt na wszelkie możliwe sposoby, szok minął mi szybko.
I wiecie co się pojawiło? Radość !

fot.pixabay

wtorek, 16 sierpnia 2016

Zawód, który niesie radość

Z pracą, a właściwie naszym nastawieniem do pracy bywa różnie - narzekamy na wysokie bezrobocie, rozsyłamy CV i zerkamy nerwowo na telefon, który nie dzwoni lub wręcz przeciwnie możemy przebierać w ofertach i więcej czasu spędzamy na negocjowaniu warunków, niż na samej pracy. Narzekamy, że niskie zarobi, że urlop za krótki, że współpracownicy gburowaci albo mlaszczą przy biurku obok, a w końcu, że wypalenie zawodowe. Czasem nie narzekamy, bo nasze życie zawodowe to nieustające pasmo sukcesów i pniemy się po szczeblach kariery na sam szczyt. Jak już pisałam, bywa różnie... w każdym razie żadna praca nie hańbi i każdy zawód jest potrzebny, żeby społeczeństwo prawidłowo funkcjonowało, chyba od tego właśnie warto rozpocząć jakikolwiek wywód na temat zawodu, który niesie radość i satysfakcjonuje

czwartek, 11 sierpnia 2016

Justyna Szymowołos

Macierzyństwo uczy mnie każdego dnia dawania z siebie, nie oczekując niczego w zamian. Uczy mnie cierpliwości, gdy po raz enty układam powyrzucane z szafy rzeczy. Uczy organizacji i planowania, i nagle okazuje się, że samodzielna podróż z dziećmi samolotem czy pociągiem nie jest wyjściem na Mount Everest. Macierzyństwo pozwala na odkrywanie w sobie dziecka podczas codziennych zabaw. Uczy na nowo przyjmowania świata takiego, jakim jest. Wynagradza wszelkie smutki szczerym dziecięcym uśmiechem, dzięki któremu od razu poprawia się nam humor. Weryfikuje nasze poglądy na wychowanie dzieci, jakie dajemy jako „ciocia dobra rada”, zanim sami posiadamy dzieci. Wywraca nasze życie do góry nogami dostarczając nam nowych doświadczeń. 
 
Janek i Stasiu
fot. Album rodzinny

niedziela, 7 sierpnia 2016

23. miesiąc z życia Tadzia

Tadeusz skończył właśnie 23 miesiące! W ostatnim miesiącu w jego życiu nie zaszło wiele znaczących zmian, chociaż dziecko uczy się  i rozwija każdego dnia, nie mówiąc już o tym, że każdego dnia czymś nas zaskakuje. Za to ja coraz więcej myślę o drugich urodzinach mojego syna! Oczywiście myślę o prezencie, o smaku tortu - biorąc pod uwagę upodobania mojego syna to powinien mieć smak krupniku i kabanosów, o temacie przewodnim - może ulubiona Masza i niedźwiedź, o kolorowych balonach i przede wszystkim o czasie, który będziemy mogli spędzić aktywnie całą rodziną. Przede wszystkim jednak myślę o tym, że mój syn już nigdy mniejszy nie będzie, a obok siebie mam dużego chłopca, który stale rośnie! I czasem mi żal, że dzieje się to tak szybko...

czwartek, 4 sierpnia 2016

Anna Kurzawa z Okiem Sary

Nie wiem, co to znaczy „ujrzeć upragnione dwie różowe kreski”. Nie wiem, co to znaczy „bać się powiedzieć wszystkim wokoło, że jestem w ciąży”. Macierzyństwo przyszło do mnie zupełnie naturalnie, chwilę po tym, jak zostałam żoną. 

Czy moment był dogodny? Kilka tygodni po ślubie, kilka tygodni od rozpoczęcia nowej pracy, kilka tygodni od przeprowadzki na niezbyt komfortowe mieszkanie… Chyba nigdy nie ma dogodnych momentów. Dogodne ma być nastawienie: „Będę mamą!”, „Będziemy rodzicami!”. Wiele osób pytało, czy się cieszę. Przez 4 miesiące niemalże mieszkałam w łazience, przestałam gotować, a wyjście do pobliskiego sklepu kończyło się mroczkami przed oczami. Nie miałam siły skakać z radości. Z drugiej strony miałam poczucie dzikiej normalności – podjęłam decyzję, że chcę być żoną i matką, więc jestem.

Ania
fot. Damian Kurzawa

Podejrzewam, że euforia przyszła wraz z kopniakami. Nawet nie z widokiem machającej rączki na USG. To też było hipernaturalne: tam w środku brzucha jest człowiek. Ale te kopniaki! Te próby nawiązania kontaktu przez dziecko, które mnie nigdy nie widziało, nie doświadczyło ode mnie nic, co by nie było zautomatyzowane przez mój organizm. A jednak! Szuka kontaktu – odpukiwanie nóżką na moje pukanie paluszkiem, wczołgiwanie się pod rękę mojego męża, która zdawać by się mogło – grzeje tylko moją skórę brzucha. A jednak! Reagowanie na mój śmiech i złość… Tyle interakcji.

sobota, 30 lipca 2016

Domowe gofry

Nie znam osoby, która nie lubiłaby gofrów, chociaż zakładam, że taka istnieje. W każdym razie ja uwielbiam - chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku, jedzone na ciepło z bitą śmietaną i owocami albo cukrem pudrem, chociaż bez niczego też są obłędne. Gofry zawsze kojarzyły mi się z wyjazdami nad morze - jedzenie gofrów to obowiązkowy punkt programu podczas wizyty nad Bałtykiem. Całkiem niedawno jednak dostaliśmy gofrownicę, więc zabrałam się za robienie gofrów w domu. Trzeba było znaleźć przepis idealny...

 Próbowałam różnych przepisów znalezionych w internecie - czasem nie zadowalała mnie konsystencja ciasta, czasem smak gofrów, a czasem po prostu kiepsko się smażyły. Szukałam różnicy między tymi smażonymi na oleju i maśle, sprawdzałam czy lepiej smakują z mlekiem czy maślanką. W końcu jednak z kilku przepisów stworzyłam jeden, a gofry wyszły prawie doskonałe! Zdecydowanie pyszne!

 Potrzebne składniki:

  • 2 jajka
  • 1 i 1/2 szklanki maślanki
  • 1/2 oleju (lub roztopionego i wystudzonego masła)
  • 1 i 1/2 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej 
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 2 łyżki cukru
  • szczypta soli
Jajka, maślankę i olej roztrzep w misce. Wsyp suche składniki - mąkę, cukier oraz proszek do pieczenia, sodę i sól. Wszystko mieszaj trzepaczką lub mikserem, aż do uzyskania jednolitej, gładkiej masy. Ciasto wylewaj na rozgrzaną gofrownicę i smaż, aż gofry mocno się zarumienią. Gotowe, smacznego!



czwartek, 28 lipca 2016

Karolina Dominiak-Piskorska z Kolorowa Mama

"Dzieci dużo biorą, ale też dużo dają" - zdanie to usłyszałam jeszcze długo przed tym jak zostałam mamą. Podczas studiów dorywczo pracowałam jako niania i rzeczywiście wtedy przekonałam się, że obcowanie z małymi dziećmi pochłania mnóstwo energii, ale jest jednocześnie bardzo satysfakcjonujące! Zdobywanie zaufania takiego brzdąca, budowanie relacji, więzi przyjacielskich, obserwowanie reakcji na świat, to wszystko i więcej zaliczam do jednych z piękniejszych doświadczeń w moim życiu. Dodatkowo poznałam w tym czasie wiele mądrych, wspaniałych mam, które do dziś stawiam sobie jako przykłady. Jeszcze wtedy wiele rzeczy, o których mówiły, było dla mnie zupełną abstrakcją - choć wydawało mi się, że rozumiem więcej niż rozumiałam. Dopiero teraz wracają we wspomnieniach i widzę je w zupełnie innym świetle. Jak wiadomo - na wszystko przychodzi pora. 

Gdy dostałam zaproszenie do napisania tekstu o swoim macierzyństwie, przypomniały mi się właśnie te pierwsze doświadczenia z nie-moim jeszcze macierzyństwem i to zdanie, którym rozpoczęłam swój wywód. Ono idealnie oddaje całą paletę uczuć, jakie mam, gdy myślę o swoim macierzyństwie.  

mama i dziecko
Karolina i Róża
fot. Olga Jedrzejewska Photography

środa, 27 lipca 2016

Domowe przetwory - na słodko

wiśnie w syropie
Ostatnio na placu zabaw przysłuchałam się rozmowie innych mam i babć, z której dowiedziałam się przypadkiem, że nikt normalny nie robi już przetworów na zimę i nie piecze placków w domu, skoro można to wszystko kupić w sklepie. Pewnie, że można, tylko czy to naprawdę to samo...? Moim zdaniem zupełnie nie. Reasumując, dowiedziałam się, że jestem nienormalna! Co więcej jestem pewna, że takich nienormalnych, co to lubią zimą otworzyć słoik własnoręcznie przygotowanych pyszności, jest więcej. Ja w ogóle lubię domowe jedzenie, a słodkości szczególnie! W końcu nic nie jest w stanie równać się z tym zapachem ciasta, który ucieka z piekarnika i roznosi się po całym domu. Bez różnicy czy to kruche ciasteczka z maszynki, sernik czy pleśniak z zaprawionymi specjalnie do niego wiśniami. Wszystko domowe, swoje i sprawdzone jest pyszne... a przy tym to naprawdę nic trudnego. To praca, za którą warto się zabrać, żeby potem... palce lizać!

czwartek, 21 lipca 2016

Paulina Sosur z Yakie Fayne

Bycie mamą to mieszanka wielu uczuć. Zaczyna się od wielkiej obawy a kończy na ogromnej miłości połączonej ze wszystkimi innymi uczuciami, jakie kiedykolwiek towarzyszyły człowiekowi. Gdy dowiedziałam się, że będę mamą, byłam szczęśliwa i jednocześnie pełna obaw. Bałam się o to czy moja fasolka będzie rozwijała się prawidłowo, czy sam poród przebiegnie bez komplikacji. Potem gdy już było po wszystkim i malutka była z nami, bałam się o to czy nie jest jej zimno, czy dobrze ją karmię. Choć tych obaw było całe mnóstwo to jednak nic nie mogło równać z miłością i szczęściem jakie dawało mi bycie mamą.

Paulina i Ania
fot. album rodzinny

piątek, 15 lipca 2016

Chustowe macanki i noszenie dzieci

Chustowe macanki to nic innego, jak spotkanie rodziców, którzy zafascynowani noszeniem dzieciaków w chustach chcą wyjść na przeciw innym rodzicom by podzielić się doświadczeniami, pokazać swoje kolorowe cuda i podotykać innych chust, by być może wśród nich znaleźć coś dla siebie. Właśnie takie chustowe macanki odbyły się w Pile po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. 

Spotkanie było wspaniałe i mówię to z perspektywy laika, który znalazł się wśród osób zakochanych w chustach i mających doświadczenie w motaniu nie jednego, a czasem już kilku dzieciaków. Pogoda tego dnia nie rozpieszczała, deszcz lał jak z cebra, więc nie wszystkim udało się dotrzeć, ale kameralne spotkania mają swój urok. Była okazja do poznania nowych osób, nawiązywania bliższych relacji, które pewnie dzięki regularnym chustowym spotkaniom staną się trwalsze. Była kawa, ciasto, plotki o urokach i trudach macierzyństwa. Nie zabrakło klasycznego hasła: Zerknijcie na moje dzieci proszę, chciałabym w samotności skorzystać z toalety. To chyba standard spotkań rodzicielskich z dziećmi u boku, kiedy pragniemy chociaż na chwilę zostawić widownię w dobrych rękach. Mam nadzieję, że pilska grupa chustowa będzie się rozkręcała, a na kolejnych spotkaniach frekwencja będzie tylko większa! Poza tym z czasem, znając lepiej teren i towarzystwo, łatwiej okiełznać potomstwo i czerpać nową wiedzę, i pozytywną energię z takich spotkań. Tak czy siak chusty wymacane - ta miękka, ta trochę bardziej szorstka, ta z domieszką kaszmiru, a ta 100% bawełny, piękne kolory, dobry splot.... Generalnie orgazm nad niekończącymi się metrami przeróżnych materiałów. 

czwartek, 14 lipca 2016

Monika Kilijańska z Konfabula

Jeszcze 8 lat temu tak naprawdę wierzyłam, że życie po porodzie zmienia się tylko o tą jedną osobę w rodzinie. Wierzyłam, że ja nie zmienię się wcale. Będę dalej tą samą Moniką z kucykiem w kolorze mysiego blondu, okularami i laptopem na kolanach. Niby wszyscy trąbili wokoło, że dziecko przewraca życie do góry nogami, ale ja przewrotnie nie chciałam w to wierzyć.

Trzy misie
fot. Album rodzinny


Nie wierzysz - mówiła miłość

Macierzyństwo to nieprzebrana rzeka miłości. Nawet wtedy, kiedy dziecko znowu maluje kredką ściany, kolejny raz nasika na podłogę, zje cukierki przed kolacją. To właśnie ta miłość pozwala przetrwać wszystkie pytania „co to?”, „dlaczego?” czy „daleko jeszcze?”, chociaż w środku czasami się już gotuje. To ona nie pozwala zwyczajnie spakować się i wyjechać, by być daleko od tego chaosu stworzonego przez dzieci. Nie pozwala, bo widzisz już te małe zapłakane oczka. Więc zostajesz i na kolanach bujasz nie laptopa, a dziecko do snu. Nocami nie ślęczysz przy książkach, a z dzieckiem przy cycku. Perspektywa się zmienia, często na taką z pozycji raczkującego dziecka.

środa, 13 lipca 2016

Samodzielność? Pozwalam na nią...

Samodzielność dziecka wymaga mnóstwo samozaparcia, pokory i cierpliwości od rodzica! To wynika z moich obserwacji, bo kiedy Tadeusz staje się coraz bardziej samodzielny i chętny do pomocy we wszystkim, wtedy ja muszę walczyć sama ze sobą, by czasem zagryźć zęby i pozwalać mu na tą samodzielność. Pragnę żeby moje dziecko uczyło się, rozwijało, podejmowało wyzwania i miało wiarę w siebie w dorosłym życiu, ale żeby tak się stało, już teraz muszę pozwalać mu uczyć się, rozwijać, podejmować wyzwania i budować wiarę w siebie. Co nie zawsze jest takie proste, jak mogłoby się wydawać... Weźmy na przykład naukę jedzenia - chcemy żeby dziecko jadło samo, ale często zamiast pozwolić mu na naukę karmimy, żeby ono nie robiło bałaganu wokół talerza. Prawda? Święta prawda, tylko jak tu się uczyć, jeśli nie można ćwiczyć nowych umiejętności... To jedna z tych sytuacji, w których muszę walczyć sama ze sobą, bo nienawidzę kiedy Tadeusz dłubie w talerzu i wszędzie można znaleźć marchewkę, podłoga jest umazana ketchupem, a cała bluzka mokra od herbaty. Tak jednak wygląda pożądana samodzielność...

czwartek, 7 lipca 2016

Sylwia Kamińska z Matczysko

Nim zaczęłam starać się z mężem o Prezesa, macierzyństwo kojarzyło mi się z błogim stanem, w którym wszystko jest jasne, piękne i radosne. Na dzień dzisiejszy wiem, że to ciągła niewiadoma i walka, w której nie zawsze to ja wygrywam. W sumie zawsze zwycięża młody, więc jestem na straconej pozycji. Każdy dzień kryje w sobie niespodziankę, jak jajko niespodzianka – nigdy nie wiesz na co trafisz, a nie zawsze zabawka Cię zadowala. Jest to ciągła nauka: cierpliwości, zrozumienia i kompromisów. 

Według encyklopedii macierzyństwo to „fakt posiadania dziecka przez kobietę i bycia matką”, ale to coś więcej, o czym encyklopedia już nie mówi. Gdzieś w czeluściach internetu spotkałam się ze zdaniem: „łatwo jest być matką, gdy dziecko rodzi się zdrowe, mądre i śliczne”, nie zgadzam się do końca z tym, bo:
a)    Nie tyle łatwo, co łatwiej.
b)    Każde dziecko jest śliczne, bez znaczenia jest czy zdrowe, czy nie.


22. miesiąc z życia Tadzia

Dwudziesty drugi miesiąc z życia Tadzia uświadomił mi, że zaraz będę miała obok siebie prawdziwego dwulatka! Dużego chłopca, który jest coraz bardziej samodzielny i z każdym miesiącem wszystko co próbuje robić własnymi siłami, wychodzi mu coraz lepiej. Efekty ciężkiej pracy małego człowieka obserwujemy codziennie. Widzę, że łatwiej zdjąć mu z siebie ubranie, niż ubrać, podobnie jest z jedzeniem, łatwiej jest jeść widelcem stałe pokarmy niż zupę łyżką. Nie mniej jednak, Tadeusz dzielnie próbuje robić różne rzeczy i naśladuje nas na każdym kroku. Moim faworytem jest udawanie, że soli się jakąś potrawę i stukanie w solniczkę paluszkiem, jak dziadek - chociaż to umiejętność zdobyta stosunkowo dawno.

czwartek, 30 czerwca 2016

Agnieszka Maszkiewicz z Lady Mamma

MAMA to JA, JA to MAMA... To najtrafniejsze określenie ogółu mojej szarej eminencji! Dokładnie od 2,5 roku pełnię najważniejszą, życiową funkcję w świecie! Zakochana, zaczarowana, zauroczona, zapatrzona w swojego syna - Oliwiera niczym w obrazek rodzicielka! Starająca się za wszelką cenę zachować balans między tym co w życiu istotne, wartościowe i cenne.

Agnieszka i Oliwier
fot. Album rodzinny

Jak się to wszystko zaczęło???

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Czy rozmawiać z dziećmi o śmierci?

 - No, bo jak wyjaśnisz dziecku czym jest cmentarz? - zagadnął Tata Tadeusza, kiedy szliśmy w trójkę szukając nagrobka, na którym chcieliśmy zapalić znicz. Na cmentarzu byliśmy z synem nie raz, początkowo przesypiał spacery nie interesując się otoczeniem, a później wąchał chryzantemy i próbował zdmuchiwać ogień w zniczach, które prawdopodobnie kojarzyły mu się z urodzinowymi świeczkami. Trudno mu się dziwić, w końcu jest dzieckiem. Nawet teraz nie zadaje pytań, ale ja czuję potrzebę udzielania odpowiedzi. Nie po to żeby budzić negatywne emocje czy próbować wyjaśniać pojęcia totalnie abstrakcyjne na tym etapie rozwoju, ale po to żeby oswajać i uczyć. Niektórzy starają się nie rozmawiać o trudnych sprawach, chcąc zaoszczędzić dzieciom traumatycznych przeżyć - jednak prędzej czy później świat przestanie być idealny, a życie okaże się nieco bardziej brutalne.

Moim zdaniem - trzeba rozmawiać. Rzekomo nie należy rozmawiać o śmierci z dziećmi, które same nie wykazują zainteresowania tematem. A jednak temat ten jest obecny w codziennym życiu, chociażby pokątnie, ciężko go unikać - Pan Jezus został ukrzyżowany i zmarł, mama kopciuszka również opuściła dziewczynkę, gdy ta była jeszcze mała, podobnie może umrzeć przyjaciółka mamy czy kolega taty, a później babcia czy dziadek. Moim zdaniem dużo łatwiej wdrożyć samo pojęcie śmierci, kiedy nie dotyczy ono nikogo bliskiego, żeby ostatecznie było znane, gdy przyjdzie taka potrzeba. Oczywiście stosownie do wieku. Jasne, że temat śmierci można próbować wyeliminować z codziennego życia, na przykład mówiąc dziecku, że mama kopciuszka wyjechała na wczasy i nigdy nie wróci, stąd zła macocha. Jednak podobne kłamstwo może nie sprawdzić się w przypadku bliskiej osoby, której strata dla dziecka będzie rzeczywiście odczuwalna. A nie ma co się oszukiwać - śmierć jest nieodłącznym elementem życia. Rozmowy o śmierci nie są proste chociażby ze względu na fakt, że należy posługiwać się odpowiednim słownictwem - można powiedzieć, że ktoś usnął na zawsze, jednak jakby nie było sen jest stanem przejściowym i można się obudzić, śmierć jest stanem nieodwracalnym. Można mówić dziecku, że ktoś obudzi się w lepszym świecie - tylko do cholery, gdzie jest ten lepszy świat? I skoro istnieje to dlaczego nas tam nie ma? Łatwiej już chyba wyobrazić sobie, że ktoś poszedł do nieba, chociaż wątpię, żeby dla dziecka to rzeczywiście było łatwiejsze. Moim zdaniem podstawowa odpowiedź jest taka, że kiedyś żyli z nami ludzie, których już nie ma, a cmentarz jest miejscem, na którym są pomniki na ich pamiątkę - prawdopodobnie małemu człowiekowi taka odpowiedź wystarczy, a na rozmowę ze starszakiem będzie można się przygotować.

czwartek, 23 czerwca 2016

Asia Perzanowska z Matka w kratkę

Czym jest dla mnie macierzyństwo - od „nie lubię dzieci” do bloga dla mam

Do macierzyństwa długo dojrzewałam. Nigdy nie należałam do kobiet, które marzyły o dzieciach, które lubiły je do tego stopnia, że zajmowały się cudzymi dziećmi, rozczulały na ulicy nad wózkami i brzuchami. Wręcz przeciwnie. Dzieci unikałam.

Moje wczesne wyobrażenie o macierzyństwie

Owszem chciałam mieć dzieci – idealnie dwójkę, idealnie chłopca i dziewczynkę, idealnie chłopca pierwszego córkę drugą, idealnie ...  W przyszłości. Kiedyś, kiedy dorosnę. Potem „kiedy dorosnę” zamieniło się w „po trzydziestce”. Tu przemówiły do mnie wyniki badań wskazujące na zwiększone ryzyko chorób genetycznych z wiekiem matki. Czas leciał i tylko moja babcia w każde święta pytała o wnuki.

Najstarsza i mama
fot. Album rodzinny

Dajmy ojcom święty spokój

W związku z dniem taty, dużo głośniej niż w innych dniach mówi się o ojcach superbohatrach, a nie... nie mówi się o ojcach, bo zgodnie z hasłem królującym w internetach: Ojcem może być każdy, ale tylko ktoś wyjątkowy może być tatą. Wobec tego mówi się o tatusiach - superbohaterach, którzy angażują się w życie rodzinne bardziej niż za czasów naszych dziadów i pradziadów. O tych, którzy pomagają mamom i spędzają czas z dziećmi - w zeszłym roku sama pisałam o tym, że tata jest niezastąpiony. Nadal podpisuję się pod tym rękoma i nogami. Wkurza mnie wynoszenie ojców na piedestały za robienie tego, co należy do ich obowiązku. A jednocześnie wkurza mnie, że na mężczyzn ciągle się narzeka, ojców krytykuje na każdym kroku. Z wybranków życia, facetów do zadań specjalnych robi się sierotki, które mają dwie lewe ręce. Nieważne czy to za sprawą równouprawnienia płciowego czy wynika z potrzeby serca. Ważne, żeby ojcowie byli zaangażowani w życie swoich dzieci, chociaż nic nie zrobią tak samo jak mama, bo wszystko zrobią jak tata. Ważne, żeby dzieci były szczęśliwe. Ważne, żeby kobiety zmieniły swój tok myślenia.

czwartek, 16 czerwca 2016

Dorota Alchimowicz

Macierzyństwo dla mnie to Oskar, Bartek i Marta. W tych trzech imionach zaczyna się i kończy mój świat. Jestem mamą na trzech etatach. Jestem też oczywiście córką, siostrą, żoną i koleżanką. Jednak od dobrych 15 lat mój świat kręci się wokół kolejnych małolatów przychodzących na świat i dorastających w naszej rodzince. Początek mojej macierzyńskiej drogi był bardzo ambitny i planowany z rozmachem. Praca do siódmego miesiąca ciąży, potem miał być krótki urlop macierzyński i… tu życie zweryfikowało moje podejście do bycia mamą. Kiedy na świecie pojawił się Oskar, przepadłam!
 
Dorota, Marta, Oskar i Bartek
fot. Album rodzinny

środa, 15 czerwca 2016

Dziecko z gołym tyłkiem

Dorośli pytają: dziecko na plaży nago czy ubrane? Mnie zastanawia skąd w ogóle to pytanie, które właściwie mogłoby nie istnieć - dorośli nie chodzą po plaży nago, więc analogicznie, dzieci również powinny być ubrane. Pomijając plaże nudystów - tam wszyscy chodzą nago i nikt nie pyta o to, kto powinien się ubrać. Jednak skoro dyskusje wokół tematu się toczą, a rodzice spierają się ze sobą i argumentów nie brakuje żadnej ze stron konfliktu, to odpowiedź na pytanie nie jest taka oczywista. Nie jestem w stanie do końca tego zrozumieć. Jestem zwolenniczką ubierania dzieci na plaży, żeby było jasne... chociaż wolę powiedzieć, że jestem za tym, by uczyć dzieci od najmłodszych lat tego, że istnieją pewne społeczne normy, wśród nich taka, że nie obnażamy się w miejscach publicznych. A plaża niewątpliwie takim miejscem jest, koniec i kropka. Wystarczy ubrać stosowny strój - strój kąpielowy, spodenki czy pampersa, jeśli dziecko go potrzebuje. Nie wiem czy przemówi do Ciebie kwestia higieny czy wygody, zrozumienia dla innych plażowiczów, którzy mogą nie mieć ochoty oglądać cudzego gołego tyłka czy może chęć ochronienia dziecka przed wzrokiem pedofila. Nie obchodzi mnie, który z argumentów wybierzesz, tylko ubierz dziecku majtki.

Problem nagości dzieci nie kończy się na plaży. Istnieje również w innych miejscach przestrzeni publicznej, na przykład kiedy dziecko chce się kąpać w miejskiej fontannie, a mama rozbiera je do rosołu. Pomijam fakt, że woda chlorowana śmierdzi z daleka, że zakaz kąpieli jak byk, na tabliczce obok. Gołe dziecko w centrum miasta. Moim faworytem jest jednak "wysadzanie" dziecka w miejscu publicznym. Mam świadomość tego, że jeśli dziecko mówi, że chce mu się siku to zazwyczaj już prawie leci mu po nogach i nie ma za dużo czasu na szukanie toalety (chociaż jeszcze nie jesteśmy na tym etapie, więc co ja tam mogę wiedzieć...) A jeśli nie ma w okolicy szalet miejskich, ani sklepu czy instytucji, w której można by skorzystać z łazienki - nie ma wyjścia, trzeba szukać krzaczków. I nie wiem czy ludziom trzeba by zdefiniować czym jest krzak czy problem tkwi gdzie indziej, ale sama byłam świadkiem jak mama wysadzała około trzyletnią dziewczynkę na pasie zieleni przy głównej ulicy, chociaż metr dalej był parking a przy nim wysokie krzaki, za którymi śmiało można było załatwić potrzebę dyskretnie. Czy naprawdę nie można było zrobić trzech kroków więcej, żeby nie świecić dziecięcym tyłkiem w centrum miasta? W końcu trzylatek naprawdę pojmuje co się wokół niego dzieje i można mu wpajać podstawowe informacje o świecie, na przykład taką, że miejsc intymnych przechodniom nie pokazujemy.

czwartek, 9 czerwca 2016

Paulina Kupczyk

Macierzyństwo z całkiem innej perspektywy. Z perspektywy kobiety, córki, starszej i młodszej siostry. Z perspektywy jeszcze nie mamy, ale doskonałego obserwatora własnych rodziców. 

Gdy któregoś wiosennego dnia rodzice powiedzieli mi i mojemu rodzeństwu o tym, że będzie nas więcej nie mogłam w to uwierzyć. Serce zaczęło mi mocniej bić, a usta nie chciały się zamknąć. Zawsze marzyłam, aby mieć jeszcze młodsze rodzeństwo. Mama miała 42 lata, gdy na świat przyszedł Maciej. Mój brat, najmłodszy w rodzinie. Ciąża przebiegała bez większych komplikacji. Maciej urodził się cały i zdrowy. Mama także czuła się dobrze po porodzie. Mama z Maciejem wróciła po 3 dniach w szpitalu do domu. Dzień, w którym zobaczyłam brata po raz pierwszy zostanie na dłuuuugo w mojej pamięci!

Paulina i Maciek
fot. selfie

wtorek, 7 czerwca 2016

21. miesiąc z życia Tadzia


Dwudziesty pierwszy miesiąc skończony, dacie wiarę? To miesiąc, w którym podejmujemy próbę samodzielnego spania w swoim pokoju, w dużym łóżku. Jeśli chodzi o efekty to muszę przyznać, że bywa różnie - jedna noc w całości u siebie, inna tylko do pierwszej pobudki. Tadeusz jest już duży i ma świadomość, że chcemy go wygonić z naszego łóżka, więc dzielnie stawia opór. Poza tym, póki jest karmiony piersią, nie liczę na zadowalające efekty, bo nawet nie śmiem oczekiwać przespanej nocy. Poza tym podejmujemy się nauki korzystania z nocnika, tak na dobre. Jestem pełna obaw, ale widząc jak inne umiejętności mój syn zdobywa ekspresowo to mam nadzieję, że również z nocnikiem nie będzie problemów. Majtek mamy zapas, mopa w gotowości również, każdy z nas musiał kiedyś przekonać się do nocnika, więc i na Tadeusza przyszła pora! Niebieski nocnik z kaczuszką czy innym cudem czeka...