sobota, 30 lipca 2016

Domowe gofry

Nie znam osoby, która nie lubiłaby gofrów, chociaż zakładam, że taka istnieje. W każdym razie ja uwielbiam - chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku, jedzone na ciepło z bitą śmietaną i owocami albo cukrem pudrem, chociaż bez niczego też są obłędne. Gofry zawsze kojarzyły mi się z wyjazdami nad morze - jedzenie gofrów to obowiązkowy punkt programu podczas wizyty nad Bałtykiem. Całkiem niedawno jednak dostaliśmy gofrownicę, więc zabrałam się za robienie gofrów w domu. Trzeba było znaleźć przepis idealny...

 Próbowałam różnych przepisów znalezionych w internecie - czasem nie zadowalała mnie konsystencja ciasta, czasem smak gofrów, a czasem po prostu kiepsko się smażyły. Szukałam różnicy między tymi smażonymi na oleju i maśle, sprawdzałam czy lepiej smakują z mlekiem czy maślanką. W końcu jednak z kilku przepisów stworzyłam jeden, a gofry wyszły prawie doskonałe! Zdecydowanie pyszne!

 Potrzebne składniki:

  • 2 jajka
  • 1 i 1/2 szklanki maślanki
  • 1/2 oleju (lub roztopionego i wystudzonego masła)
  • 1 i 1/2 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej 
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 2 łyżki cukru
  • szczypta soli
Jajka, maślankę i olej roztrzep w misce. Wsyp suche składniki - mąkę, cukier oraz proszek do pieczenia, sodę i sól. Wszystko mieszaj trzepaczką lub mikserem, aż do uzyskania jednolitej, gładkiej masy. Ciasto wylewaj na rozgrzaną gofrownicę i smaż, aż gofry mocno się zarumienią. Gotowe, smacznego!



czwartek, 28 lipca 2016

Karolina Dominiak-Piskorska z Kolorowa Mama

"Dzieci dużo biorą, ale też dużo dają" - zdanie to usłyszałam jeszcze długo przed tym jak zostałam mamą. Podczas studiów dorywczo pracowałam jako niania i rzeczywiście wtedy przekonałam się, że obcowanie z małymi dziećmi pochłania mnóstwo energii, ale jest jednocześnie bardzo satysfakcjonujące! Zdobywanie zaufania takiego brzdąca, budowanie relacji, więzi przyjacielskich, obserwowanie reakcji na świat, to wszystko i więcej zaliczam do jednych z piękniejszych doświadczeń w moim życiu. Dodatkowo poznałam w tym czasie wiele mądrych, wspaniałych mam, które do dziś stawiam sobie jako przykłady. Jeszcze wtedy wiele rzeczy, o których mówiły, było dla mnie zupełną abstrakcją - choć wydawało mi się, że rozumiem więcej niż rozumiałam. Dopiero teraz wracają we wspomnieniach i widzę je w zupełnie innym świetle. Jak wiadomo - na wszystko przychodzi pora. 

Gdy dostałam zaproszenie do napisania tekstu o swoim macierzyństwie, przypomniały mi się właśnie te pierwsze doświadczenia z nie-moim jeszcze macierzyństwem i to zdanie, którym rozpoczęłam swój wywód. Ono idealnie oddaje całą paletę uczuć, jakie mam, gdy myślę o swoim macierzyństwie.  

mama i dziecko
Karolina i Róża
fot. Olga Jedrzejewska Photography

środa, 27 lipca 2016

Domowe przetwory - na słodko

wiśnie w syropie
Ostatnio na placu zabaw przysłuchałam się rozmowie innych mam i babć, z której dowiedziałam się przypadkiem, że nikt normalny nie robi już przetworów na zimę i nie piecze placków w domu, skoro można to wszystko kupić w sklepie. Pewnie, że można, tylko czy to naprawdę to samo...? Moim zdaniem zupełnie nie. Reasumując, dowiedziałam się, że jestem nienormalna! Co więcej jestem pewna, że takich nienormalnych, co to lubią zimą otworzyć słoik własnoręcznie przygotowanych pyszności, jest więcej. Ja w ogóle lubię domowe jedzenie, a słodkości szczególnie! W końcu nic nie jest w stanie równać się z tym zapachem ciasta, który ucieka z piekarnika i roznosi się po całym domu. Bez różnicy czy to kruche ciasteczka z maszynki, sernik czy pleśniak z zaprawionymi specjalnie do niego wiśniami. Wszystko domowe, swoje i sprawdzone jest pyszne... a przy tym to naprawdę nic trudnego. To praca, za którą warto się zabrać, żeby potem... palce lizać!

czwartek, 21 lipca 2016

Paulina Sosur z Yakie Fayne

Bycie mamą to mieszanka wielu uczuć. Zaczyna się od wielkiej obawy a kończy na ogromnej miłości połączonej ze wszystkimi innymi uczuciami, jakie kiedykolwiek towarzyszyły człowiekowi. Gdy dowiedziałam się, że będę mamą, byłam szczęśliwa i jednocześnie pełna obaw. Bałam się o to czy moja fasolka będzie rozwijała się prawidłowo, czy sam poród przebiegnie bez komplikacji. Potem gdy już było po wszystkim i malutka była z nami, bałam się o to czy nie jest jej zimno, czy dobrze ją karmię. Choć tych obaw było całe mnóstwo to jednak nic nie mogło równać z miłością i szczęściem jakie dawało mi bycie mamą.

Paulina i Ania
fot. album rodzinny

piątek, 15 lipca 2016

Chustowe macanki i noszenie dzieci

Chustowe macanki to nic innego, jak spotkanie rodziców, którzy zafascynowani noszeniem dzieciaków w chustach chcą wyjść na przeciw innym rodzicom by podzielić się doświadczeniami, pokazać swoje kolorowe cuda i podotykać innych chust, by być może wśród nich znaleźć coś dla siebie. Właśnie takie chustowe macanki odbyły się w Pile po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. 

Spotkanie było wspaniałe i mówię to z perspektywy laika, który znalazł się wśród osób zakochanych w chustach i mających doświadczenie w motaniu nie jednego, a czasem już kilku dzieciaków. Pogoda tego dnia nie rozpieszczała, deszcz lał jak z cebra, więc nie wszystkim udało się dotrzeć, ale kameralne spotkania mają swój urok. Była okazja do poznania nowych osób, nawiązywania bliższych relacji, które pewnie dzięki regularnym chustowym spotkaniom staną się trwalsze. Była kawa, ciasto, plotki o urokach i trudach macierzyństwa. Nie zabrakło klasycznego hasła: Zerknijcie na moje dzieci proszę, chciałabym w samotności skorzystać z toalety. To chyba standard spotkań rodzicielskich z dziećmi u boku, kiedy pragniemy chociaż na chwilę zostawić widownię w dobrych rękach. Mam nadzieję, że pilska grupa chustowa będzie się rozkręcała, a na kolejnych spotkaniach frekwencja będzie tylko większa! Poza tym z czasem, znając lepiej teren i towarzystwo, łatwiej okiełznać potomstwo i czerpać nową wiedzę, i pozytywną energię z takich spotkań. Tak czy siak chusty wymacane - ta miękka, ta trochę bardziej szorstka, ta z domieszką kaszmiru, a ta 100% bawełny, piękne kolory, dobry splot.... Generalnie orgazm nad niekończącymi się metrami przeróżnych materiałów. 

czwartek, 14 lipca 2016

Monika Kilijańska z Konfabula

Jeszcze 8 lat temu tak naprawdę wierzyłam, że życie po porodzie zmienia się tylko o tą jedną osobę w rodzinie. Wierzyłam, że ja nie zmienię się wcale. Będę dalej tą samą Moniką z kucykiem w kolorze mysiego blondu, okularami i laptopem na kolanach. Niby wszyscy trąbili wokoło, że dziecko przewraca życie do góry nogami, ale ja przewrotnie nie chciałam w to wierzyć.

Trzy misie
fot. Album rodzinny


Nie wierzysz - mówiła miłość

Macierzyństwo to nieprzebrana rzeka miłości. Nawet wtedy, kiedy dziecko znowu maluje kredką ściany, kolejny raz nasika na podłogę, zje cukierki przed kolacją. To właśnie ta miłość pozwala przetrwać wszystkie pytania „co to?”, „dlaczego?” czy „daleko jeszcze?”, chociaż w środku czasami się już gotuje. To ona nie pozwala zwyczajnie spakować się i wyjechać, by być daleko od tego chaosu stworzonego przez dzieci. Nie pozwala, bo widzisz już te małe zapłakane oczka. Więc zostajesz i na kolanach bujasz nie laptopa, a dziecko do snu. Nocami nie ślęczysz przy książkach, a z dzieckiem przy cycku. Perspektywa się zmienia, często na taką z pozycji raczkującego dziecka.

środa, 13 lipca 2016

Samodzielność? Pozwalam na nią...

Samodzielność dziecka wymaga mnóstwo samozaparcia, pokory i cierpliwości od rodzica! To wynika z moich obserwacji, bo kiedy Tadeusz staje się coraz bardziej samodzielny i chętny do pomocy we wszystkim, wtedy ja muszę walczyć sama ze sobą, by czasem zagryźć zęby i pozwalać mu na tą samodzielność. Pragnę żeby moje dziecko uczyło się, rozwijało, podejmowało wyzwania i miało wiarę w siebie w dorosłym życiu, ale żeby tak się stało, już teraz muszę pozwalać mu uczyć się, rozwijać, podejmować wyzwania i budować wiarę w siebie. Co nie zawsze jest takie proste, jak mogłoby się wydawać... Weźmy na przykład naukę jedzenia - chcemy żeby dziecko jadło samo, ale często zamiast pozwolić mu na naukę karmimy, żeby ono nie robiło bałaganu wokół talerza. Prawda? Święta prawda, tylko jak tu się uczyć, jeśli nie można ćwiczyć nowych umiejętności... To jedna z tych sytuacji, w których muszę walczyć sama ze sobą, bo nienawidzę kiedy Tadeusz dłubie w talerzu i wszędzie można znaleźć marchewkę, podłoga jest umazana ketchupem, a cała bluzka mokra od herbaty. Tak jednak wygląda pożądana samodzielność...

czwartek, 7 lipca 2016

Sylwia Kamińska z Matczysko

Nim zaczęłam starać się z mężem o Prezesa, macierzyństwo kojarzyło mi się z błogim stanem, w którym wszystko jest jasne, piękne i radosne. Na dzień dzisiejszy wiem, że to ciągła niewiadoma i walka, w której nie zawsze to ja wygrywam. W sumie zawsze zwycięża młody, więc jestem na straconej pozycji. Każdy dzień kryje w sobie niespodziankę, jak jajko niespodzianka – nigdy nie wiesz na co trafisz, a nie zawsze zabawka Cię zadowala. Jest to ciągła nauka: cierpliwości, zrozumienia i kompromisów. 

Według encyklopedii macierzyństwo to „fakt posiadania dziecka przez kobietę i bycia matką”, ale to coś więcej, o czym encyklopedia już nie mówi. Gdzieś w czeluściach internetu spotkałam się ze zdaniem: „łatwo jest być matką, gdy dziecko rodzi się zdrowe, mądre i śliczne”, nie zgadzam się do końca z tym, bo:
a)    Nie tyle łatwo, co łatwiej.
b)    Każde dziecko jest śliczne, bez znaczenia jest czy zdrowe, czy nie.


22. miesiąc z życia Tadzia

Dwudziesty drugi miesiąc z życia Tadzia uświadomił mi, że zaraz będę miała obok siebie prawdziwego dwulatka! Dużego chłopca, który jest coraz bardziej samodzielny i z każdym miesiącem wszystko co próbuje robić własnymi siłami, wychodzi mu coraz lepiej. Efekty ciężkiej pracy małego człowieka obserwujemy codziennie. Widzę, że łatwiej zdjąć mu z siebie ubranie, niż ubrać, podobnie jest z jedzeniem, łatwiej jest jeść widelcem stałe pokarmy niż zupę łyżką. Nie mniej jednak, Tadeusz dzielnie próbuje robić różne rzeczy i naśladuje nas na każdym kroku. Moim faworytem jest udawanie, że soli się jakąś potrawę i stukanie w solniczkę paluszkiem, jak dziadek - chociaż to umiejętność zdobyta stosunkowo dawno.