sobota, 27 sierpnia 2016

Nie wiem jak Ty, ale ja mam tak codziennie



Wiecie co w macierzyństwie jest najgorsze? Żyjemy w społeczeństwie, które uważa, że ma prawo do oceniania naszych relacji z dzieckiem i zachowań podpatrzonych na ulicy a co więcej wytykania nam zauważonych błędów, nigdy prosto w oczy. Najgorsze w tym społeczeństwie są właśnie matki, jedna świętsza od drugiej.  W tym środowisku, krytykowanie, oceniania i komentowanie są na porządku dziennym. Oczywiście póki to ja - matka idealna, najświętsza w okolicy - krytykuję, oceniam i komentuję innych, bo jeśli chodzi o mnie to nikt nie ma prawda wchodzić z butami w moje życie. Zgadza się?

Sama każdego dnia uczę się nie oceniać innych, a wszystko chociażby dzięki Tacie Tadeusza, który zawsze stara się najpierw rozważyć wszystkie możliwości, a dopiero potem wyciągać wnioski, i który stara się poznać temat, zanim zabierze głos. W większości afer medialnych brakuje mu zawsze przedstawienia drugiej strony medalu (ach Ci dziennikarze...) i dystansu, którego ja próbuję się uczyć, którego próbuję nabrać, zanim wydam - być może krzywdzący i niesłusznie wydany - osąd. Sama nie chcę, żeby ktokolwiek osądzał mnie na podstawie sytuacji wyrwanej z kontekstu. Właśnie Tata Tadeusza nie raz, nie dwa zwracał mi uwagę na to, że oceniam rzeczywistość przez pryzmat odcinka wyrwanego z pewnej całości i krytycznym okiem patrzę na coś, czego tak naprawdę dokładnie nie sprawdziłam i nie widziałam w pełnej krasie. Trudno było mi się z nim nie zgodzić, a druga rzecz, zawsze bardzo łatwo jest oceniać sytuację, póki jesteśmy jedynie obserwatorami i sprawa bezpośrednio nas nie dotyczy. Jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia... w związku z tym bezdzietni chętnie doradzają jak zająć się niemowlakiem, a matki niemowlaków z przyjemnością wypowiedzą się, jak radzić sobie ze starszakiem, który akurat przechodzi wszystkie możliwe bunty na raz. W końcu wszystko jest takie proste i oczywiste, prawda?

czwartek, 25 sierpnia 2016

Ola Hryców

Bardzo dobrze pamiętam moment, gdy pomyślałam "ojej... mam owulację... teraz na pewno będę w ciąży!". Tak się też stało. Od tamtej chwili świadomość, że będę mamą była dla mnie źródłem nieustannej radości. Sama ciąża przebiegała absolutnie prawidłowo, całymi dniami wcinałam bułki mleczne na przemian z sokiem pomidorowym, a wieczorem, aby zmniejszyć nudności popijałam herbatkę z imbirem przygotowaną przez męża. Raz po raz widywaliśmy nasze maleństwo na ekranie USG, ale za to codziennie gadaliśmy do brzucha, w którym najczęściej około północy malec zaczynał robić spacery. To były początki... 

Ola i Marcinek
fot. Album rodzinny

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Czekoladowe ciasto z cukinią

ciasto z cukinii
Uwielbiam domowe ciasto! Generalnie lubię spędzać czas w kuchni, chociaż więcej radości niż gotowanie, sprawia mi właśnie pieczenie. Uwielbiam sprawdzone przepisy, które wyniosłam z rodzinnego domu, a z których ciasta zawsze wychodzą idealne. Czasem dając komuś przepis muszę co prawda, poważnie zastanowić się, jak nazwać dane ciasto, bo zdarza się, że w naszym domu funkcjonuje ono pod inną, niż ta ogólnie przyjęta, nazwą. Na przykład sernik znany przez wszystkich, jako czarno-biały albo królewski, u nas nosi nazywa się Sernik pani Lalki. Wydaje mi się, że pani Lalka, która notabene nazywała się zupełnie inaczej, była znajomą babci i to właśnie od niej przepis trafił do naszej rodziny. Być może moja mama kojarzy jeszcze panią Lalkę, ale ja jej nie znam. A moje dzieci, jeśli dostaną rodzinny przepis, z pewnością będą przekonane, że Pani Lalka to postać fikcyjna, nie mniej jednak przepis pozostanie... Prawda jest taka, że większość przepisów, krąży z rąk do rąk pomiędzy babciami, córkami, wnuczkami, matkami i przyjaciółkami. Sama mam mnóstwo karteczek, na których notuję składniki - czasem nawet bez nazwy, by potem zastanawiać się, co miało wyjść z danego przepisu - na sprawdzone dania, które gdzieś mi zasmakowały. Z czekoladowym ciastem z cukinią było podobnie - przepis na nie, dostała od kogoś moja mama. Wypróbowała i podała dalej... bo warto!

czwartek, 18 sierpnia 2016

Michalina

Bycie mamą okazało się być dla mnie  ratunkiem. Nie wiadomo czy nie skończyłabym źle, co wróżyło mi wiele osób, gdyby nie ciąża.

Nie staraliśmy się o dziecko. Poznaliśmy się w styczniu, wyjechałam za pieniędzmi i za nim do Belgii w czerwcu i po kilku tygodniach zaczęłam się dziwnie czuć.Wstawałam w nocy, bo pęcherz nie wytrzymywał, strasznie bolały mnie piersi. I wciąż miałam w głowie tą dziwną myśl, która prześladowała mnie od pogrzebu ukochanej babci, jeszcze zanim wyjechałam za granicę. Nie wiem skąd i dlaczego, ale na tym pogrzebie przemknęło mi przez myśl: "No teraz to mogę być w ciąży". Zupełnie znikąd, bo ani za dziećmi nie przepadałam, ani nie było mi śpieszno mieć swoje pociechy. Prowadziłam, delikatnie mówiąc "imprezowy" tryb życia. Miałam dobrą pracę, mieszkałam sama, często zmieniałam "chłopaków", nie stroniłam od używek i całonocnych imprez. Nie tak dawno zerwałam zaręczyny! A tu taka dziwna myśl. Mój ówczesny sceptycyzm ją odrzucał, ale serce się nią niepokoiło. I okazała się być prorocza.

Wróćmy do mojego dziwnego samopoczucia. Nastał czas zjazdu do Polski. Wracałam z bijącym sercem. Już wiedziałam, że prawdopodobnie jestem w ciąży, ale nie chciałam w to wierzyć. Od razu po drodze kupiliśmy test i zastosowanie go było pierwszą rzeczą jaką zrobiłam, kiedy weszłam do domu. Pozytywny. Dalej nie wierzę - niemożliwe, nie ja! Ja się nie nadaję! Poszliśmy do lekarza. Czekaliśmy od godziny czternastej do osiemnastej trzydzieści. "No nic tylko się cieszyć!" - usłyszałam. Zakręciło mi się w głowie.
Dostałam ładną różową teczkę, książeczkę ciąży i katalog z zaleceniami dotyczącymi żywienia w ciąży i karmiąc piersią. Prawie się do siebie nie odzywaliśmy, w takim byłam szoku. Ale już od kilku dni po prostu to wiedziałam, więc skoro już potwierdziłam ten fakt na wszelkie możliwe sposoby, szok minął mi szybko.
I wiecie co się pojawiło? Radość !

fot.pixabay

wtorek, 16 sierpnia 2016

Zawód, który niesie radość

Z pracą, a właściwie naszym nastawieniem do pracy bywa różnie - narzekamy na wysokie bezrobocie, rozsyłamy CV i zerkamy nerwowo na telefon, który nie dzwoni lub wręcz przeciwnie możemy przebierać w ofertach i więcej czasu spędzamy na negocjowaniu warunków, niż na samej pracy. Narzekamy, że niskie zarobi, że urlop za krótki, że współpracownicy gburowaci albo mlaszczą przy biurku obok, a w końcu, że wypalenie zawodowe. Czasem nie narzekamy, bo nasze życie zawodowe to nieustające pasmo sukcesów i pniemy się po szczeblach kariery na sam szczyt. Jak już pisałam, bywa różnie... w każdym razie żadna praca nie hańbi i każdy zawód jest potrzebny, żeby społeczeństwo prawidłowo funkcjonowało, chyba od tego właśnie warto rozpocząć jakikolwiek wywód na temat zawodu, który niesie radość i satysfakcjonuje

czwartek, 11 sierpnia 2016

Justyna Szymowołos

Macierzyństwo uczy mnie każdego dnia dawania z siebie, nie oczekując niczego w zamian. Uczy mnie cierpliwości, gdy po raz enty układam powyrzucane z szafy rzeczy. Uczy organizacji i planowania, i nagle okazuje się, że samodzielna podróż z dziećmi samolotem czy pociągiem nie jest wyjściem na Mount Everest. Macierzyństwo pozwala na odkrywanie w sobie dziecka podczas codziennych zabaw. Uczy na nowo przyjmowania świata takiego, jakim jest. Wynagradza wszelkie smutki szczerym dziecięcym uśmiechem, dzięki któremu od razu poprawia się nam humor. Weryfikuje nasze poglądy na wychowanie dzieci, jakie dajemy jako „ciocia dobra rada”, zanim sami posiadamy dzieci. Wywraca nasze życie do góry nogami dostarczając nam nowych doświadczeń. 
 
Janek i Stasiu
fot. Album rodzinny

niedziela, 7 sierpnia 2016

23. miesiąc z życia Tadzia

Tadeusz skończył właśnie 23 miesiące! W ostatnim miesiącu w jego życiu nie zaszło wiele znaczących zmian, chociaż dziecko uczy się  i rozwija każdego dnia, nie mówiąc już o tym, że każdego dnia czymś nas zaskakuje. Za to ja coraz więcej myślę o drugich urodzinach mojego syna! Oczywiście myślę o prezencie, o smaku tortu - biorąc pod uwagę upodobania mojego syna to powinien mieć smak krupniku i kabanosów, o temacie przewodnim - może ulubiona Masza i niedźwiedź, o kolorowych balonach i przede wszystkim o czasie, który będziemy mogli spędzić aktywnie całą rodziną. Przede wszystkim jednak myślę o tym, że mój syn już nigdy mniejszy nie będzie, a obok siebie mam dużego chłopca, który stale rośnie! I czasem mi żal, że dzieje się to tak szybko...

czwartek, 4 sierpnia 2016

Anna Kurzawa z Okiem Sary

Nie wiem, co to znaczy „ujrzeć upragnione dwie różowe kreski”. Nie wiem, co to znaczy „bać się powiedzieć wszystkim wokoło, że jestem w ciąży”. Macierzyństwo przyszło do mnie zupełnie naturalnie, chwilę po tym, jak zostałam żoną. 

Czy moment był dogodny? Kilka tygodni po ślubie, kilka tygodni od rozpoczęcia nowej pracy, kilka tygodni od przeprowadzki na niezbyt komfortowe mieszkanie… Chyba nigdy nie ma dogodnych momentów. Dogodne ma być nastawienie: „Będę mamą!”, „Będziemy rodzicami!”. Wiele osób pytało, czy się cieszę. Przez 4 miesiące niemalże mieszkałam w łazience, przestałam gotować, a wyjście do pobliskiego sklepu kończyło się mroczkami przed oczami. Nie miałam siły skakać z radości. Z drugiej strony miałam poczucie dzikiej normalności – podjęłam decyzję, że chcę być żoną i matką, więc jestem.

Ania
fot. Damian Kurzawa

Podejrzewam, że euforia przyszła wraz z kopniakami. Nawet nie z widokiem machającej rączki na USG. To też było hipernaturalne: tam w środku brzucha jest człowiek. Ale te kopniaki! Te próby nawiązania kontaktu przez dziecko, które mnie nigdy nie widziało, nie doświadczyło ode mnie nic, co by nie było zautomatyzowane przez mój organizm. A jednak! Szuka kontaktu – odpukiwanie nóżką na moje pukanie paluszkiem, wczołgiwanie się pod rękę mojego męża, która zdawać by się mogło – grzeje tylko moją skórę brzucha. A jednak! Reagowanie na mój śmiech i złość… Tyle interakcji.