czwartek, 1 września 2016

Blanka Bednarkiewicz


Jako dzieci mamy wiele marzeń. Różne miewamy pomysły na to kim będziemy w przyszłości. Dziecięca fantazja nie musi być ani spójna, ani logiczna. Zdarza się czasem, że nasze plany wobec dorosłości potrafią wykluczać się wzajemnie. Tak również było i w moim przypadku.

W IV klasie podstawówki na lekcji historii, omawialiśmy temat, w który dość sensacyjnie wplątany był, jeden z bardziej przebiegłych papieży. Nieustępliwa pani historyk, widząc brak zaangażowania ze strony uczniów, zawsze starała się rozpalić naszą ciekawość opowiadając intrygujące opowieści krążące w okół tematu. Tego dnia muszę przyznać, iż udało się pani rozpalić nie tylko moją ciekawość, a wręcz obudzić we mnie fascynację. Opowieść o ukrytej w majestatycznych budynkach Watykanu komnacie, w której miała znajdować się elitarna, dostępna tylko dla urzędującego papieża, biblioteka, wywołała u mnie absolutną potrzebę posiadania wiedzy o lekturach jakie oczywiście, hipotetycznie, mogłyby się tam znajdować… Od tego dnia moje młode serce i skrzydlata wyobraźnia marzyły tylko o dwóch rzeczach: o zostaniu papieżem oraz zostaniu mamą. 

Blanka i Emma
fot. Album rodzinny



Jak się zapewne łatwo domyślacie, nie trwało to długo, zanim pojęłam, że papieżem nie zostanę. Po krótkim, aczkolwiek bolesnym oświeceniu, cała moja strefa marzeń została ze zdwojoną siłą wycelowana już tylko w macierzyństwo. I tak w podsumowaniu, od kiedy tylko pamiętam moim największym marzeniem, ba, życiowym celem, było zostanie mamą.

Mówi się, że dla chcącego nic trudnego - tu nawet rymuje się „nic bardziej mylnego”. 

Dorosłość postanowiła szybko zweryfikować i obalić powyższe. Przez parę, dla mnie zdecydowanie za długich, późniejszych lat, w moim dążeniu do zostania mamą, mój organizm nie starał się mi pomóc. Moje jajniki przechodziły dziwny tryb przekwitania, a mój zegar biologiczny tykał szybciej niż mu to nawet przystoi. W wieku 20 lat po wielu staraniach i nieszczęśliwie nieudanych próbach, wylądowałam sama na wynajętym mieszkaniu z deadlinem jajników, zbyt starą duszą i pustką w sercu. Mieszkanie było bardzo ładne. Drewno starej kamienicy skrzypiało po stopami, ściany były białe, a futryny drzwi artystycznie obdarte z wstydu i farby. Niestety miało jeden nieważki minus, było puste. Kiedy zdałam sobie sprawę, że mój instynkt naprzemiennie z ciałem płatają mi figla, postanowiłam sprawić sobie dziecko jakie tylko mogłam. W ten oto sposób w mojej przestrzeni zapanował, do dziś niezmienny harmider oraz wszędobylska biszkoptowa sierść. Kupiłam sobie psa. Uroczą do zjedzenia, biszkoptową labradorkę, której niekończący się entuzjazm oraz zupełnie oddane serce pozwoliły mi na przeprowadzenie macierzyńskiej próby. Polecam, doskonała kolejność. Wszelkie kandydatki na mamy powinny sobie kupić wymagającego labradora i przeżyć z nim rok. Z dzieckiem kochane, będzie już tyko łatwiej.

Poza doskonałą lekcją i zawłaszczeniem mojego domu, Chilli dodała mi skrzydeł do działania. Niecały rok później moje ciało wreszcie odpowiedziało na potrzeby serca. 22 lutego 2012 roku zaszłam w zdrową ciążę. Najpiękniejszy ostatni, pierwszy dzień reszty nowych dni. Dzień ostatniego piwa, ostatniego papierosa, ostatniego tatara. Dzień, na który czekałam, od kiedy potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie czego pragnę. Ciąża to niezapomniana przygoda, osobny rozdział. Dla mnie osobiście to taki stan, do którego już zawsze się tęskni. Symboliczny okres przepełniony kiełkującą miłością. Oczekiwanie i rozwój. Nieprawdopodobna opowieść.

Po prawie 10 miesiącach działania na dodatkowym akumulatorze i 19 godzinach naturalnego porodu, na świat przyszły dwie nowe istoty. Mała Emma, 3650 gram, 54 cm, całe ciepłe, różowe ciałko zbudowane z atomów miłości i duża mama, 56 kg, 164 centymetry i nowa niezmierzona żadną miarą siła w jej ramionach. 

Blanka i Emma
fot. Album rodzinny


O samym porodzie, podobnie jak o ciąży, mogłabym napisać osobny felieton. Pierwszy naturalny poród to przygoda na jaką nie jesteś w stanie się przygotować. To również sprawdzian przy, którym matura to nauka zakładania skarpetek. To niełatwa przeprawa, która dziś jest moim osobistym, największym zwycięstwem. Zwycięstwem okraszonym najdroższym medalem jaki widział świat.

Wracając do samego macierzyństwa, to zaczęło się ono od wspomnienia wytatuowanego nieścieralnie. Od wielkich, granatowych niczym atrament, pełnych ufności, ciekawości i spokoju oczu małej istoty. Od szczęścia, takiego do łez, które w moim domu trwa nieprzerwanie od 4 lat. Stopniowo przez wspólny płacz podczas kolek i pierwszy śmiech, kiedy Chilli puściła bąka w wannie, aż po niekończące się pytania o otaczający świat i dzisiejszy dzień, w którym Emma zaczęła uczęszczać do II grupy przedszkolnej.

Moja córka jest najodważniejszą, najbardziej rozgadaną, najbardziej dobrą, czułą i najpiękniejszą dziewczynką pod słońcem. Mojej dumy i miłości do niej nie ma końca. Emma to nie tylko moja córka, ale również przyjaciółka i towarzyszka, moja osłoda każdej chwili. Zatem odpowiadając na pytanie czym jest dla mnie bycie mamą - macierzyństwo to sens.


            Dziękuję Ci córeczko, że przyszłaś na świat nadać sens mojemu życiu. 


Wszystkim czytelnikom Brzuchaczy życzymy:
Miłości! 

***
Mam na imię Blanka, mam 25 lat. Wraz z moją partnerką, naszą córką oraz labradorką mieszkamy na warszawskim poddaszu. Ja organizuję festiwale muzyczne, a moja partnerka gotuje. Emma kocha taniec, a Chilli niestrudzenie nadal gubi włosy. Jesteśmy najszczęśliwszą pod tęczą, kochającą się rodziną. Aktualnie dokładamy wszelkich starań, aby udało się nam sprawić Emmie rodzeństwo, bo jak wyżej, dzieciaki mają sens i nadają tempo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...