czwartek, 20 października 2016

Natalia Sajnok

Od czterech miesięcy jestem mamą. Okres ciąży był dla mnie wyjątkowym czasem przygotowań i przemian, wielu wzruszeń i niepokojów. Nie czułam się jednak mamą. Uwielbiałam głaskać mój okrągły brzuch, cieszyło mnie kupowanie kocyków, czarnych bodziaków i flanelowych pieluch w męskie wzory, ale wszystko to było dla mnie bardzo abstrakcyjne. Cieszyłam się, ale tak naprawdę nie wiedziałam jeszcze na co. Mój instynkt macierzyński pogrążony był w głębokim śnie i nawet słodkie kopniaki nie mogły mi nadać tożsamości mamy. Wzruszyłam się do łez pierwszym wyraźnym odczuciem pulsującego bąbla w moim brzuchu, rozczuliło mnie, gdy na USG 3D zobaczyliśmy słodko ziewającą buźkę, ale to nie było jeszcze to.

TO pojawiło się, gdy po kilkunastu godzinach wysiłku usłyszałam krzyk i zobaczyłam niemałego, bo prawie pięciokilogramowego, człowieka, zwiniętego jak budda, z jajowatą głową. Położono go na mnie i krzyk ucichł, a macierzyństwo rozlało się przeogromną, niezmierzoną, bezwarunkową falą miłości. Ot tak, po prostu, naturalnie. W moich ramionach leżał nasz Owocek, cud nad cudy, abstrakcja urzeczywistniła się. Miłość, która wypełniła salę poporodową, gdy razem z Mężem wpatrywaliśmy się w naszego Synka, była tak prawdziwa i namacalna, że dało się ją kroić i jeść łyżeczką.

Natalia i Wiktor
fot. Oskar Sajnok
Nie żyjemy  wśród różowych obłoczków ani nie rzygamy tęczą, ale to poczucie prawdziwego szczęścia i spełnienia towarzyszy nam cały czas. Lubię te momenty,  gdy Mąż wraca zmęczony z pracy, pralka czeka na wypakowanie ubrań, a na podłodze chrupie piasek z kół wózka, bo nie wyczyściłam ich po powrocie ze spaceru, wpatrujemy się w naszego Syna i powtarzamy: „Ale mamy ślicznego chłopca”. Nie możemy się na niego napatrzeć i nadziwić, że Pan Bóg tak to wszystko wymyślił – rok temu jeszcze nikogo  nie było, a teraz jest. Nowe życie, nowy człowiek, krew z naszej krwi, owoc miłości.

Często słyszy się, że dziecko wywraca świat do góry nogami i życie dwojga dorosłych nie będzie już takie jak przedtem. A najczęściej słowa te padają w kontekście przyjemności, życia towarzyskiego, hobby, nie wspominając już o relacjach w małżeństwie – wszystko przepada, bo „mamy dziecko”. Zawsze drażniły mnie, ni to przestrogi, ni to dobre rady, tych, którzy mają już dzieci: „Będziesz w ciąży to się przekonasz, będziecie mieli dziecko to zobaczycie”. W ciąży byłam pełne czterdzieści tygodni, ale nie przekonałam się, co kryje się w powyższych słowach. Gdy po trzech miesiącach jedzenie znów miało smak i zostawało w moim żołądku na dłużej, był to wspaniały stan, który w żaden sposób mnie nie ograniczył, ani nie zniewolił. Fakt, przestałam pić kawę i nie byłam na łyżwach zeszłej zimy, ale było dla mnie naturalne, że muszę dbać o siebie i o Małego Człowieka, który się we mnie rozwija. Poza tym biegałam na obcasach tak długo jak się dało, a w ósmym miesiącu ciąży zaliczyłam jeden z lepszych koncertów w życiu (przy Kękę Synu śpi jak aniołek!). Czułam się dobrze, dbałam o siebie, ale w naszym życiu ciąża nie była wariactwem, kataklizmem czy zmianą osobowości.

Mamy dziecko, ale dom, który stworzyliśmy dwa lata temu, jest naszym domem, a nasze wspólne życie – naszym życiem. W ciągu tych pierwszych tygodni życia naszego Syna po tej stronie brzucha udało nam się pogrillować ze znajomymi na koniec sezonu, byliśmy na randce w restauracji (no, z Synem przy piersi, bo on też chciał zjeść), a ja pierwszy raz zrobiłam sobie manicure hybrydowy. Czyli chyba jest z nami całkiem nieźle.

Wiktor
fot. Natalia Sajnok

Dziecko robi rewolucję, ale wcale nie chodzi tu o pobudki w nocy, tetrowe pieluchy porozkładane w różnych miejscach w mieszkaniu, bo może Małemu Człowiekowi zechce się ulać akurat w tym kącie, ani o toboły, które trzeba ze sobą brać przy każdym wyjściu. Dziecko to rewolucja miłości. Kiedy nad ranem wstaję niczym zombi , ale uśmiecham się do tego ślicznego chłopca, bo obudził się z płaczem, to miłość. I kiedy nie wiadomo, o co temu ślicznemu chłopcu chodzi w życiu, a ja mam ochotę zapakować go do kartonu i wysłać na Alaskę priorytetem, tak jak robią to postaci w kreskówkach, ale przytulam go, śpiewam W stepie szerokim i bujam, to miłość.

Dziecko to także rewolucja miłości w naszym małżeństwie, bo wraz z Owockiem zyskaliśmy nową jakość w naszych relacjach. Kiedy staram się jak najszybciej uspokoić Syna, żeby nie obudził Męża, który o 4.30 wstaje do pracy, to miłość. I kiedy Mąż mówi do mnie radosnym głosem niczym psychoterapeuta, bo widzi, że brakuje mi cierpliwości i zaraz wybuchnę, to miłość. I jak zostawiamy sobie karteczki na stole z jakimś śmiesznym rysunkiem na miły początek dnia to też miłość. Czasu mamy dla siebie mniej, ale mam wrażenie, że wykorzystujemy go o wiele lepiej.

Cudownie jest obserwować naszego Maluszka i cieszyć się z jego każdej nowej umiejętności. Z Mężem puchliśmy z dumy, gdy Wiktor wreszcie zaczął interesować się szopem praczem przywieszonym do wózka, a ostatnio bijemy brawo za każdym razem, gdy przeturla się z plecków na brzuch. O naszym Synu mogę mówić godzinami i wpatrywać się w niego bez przerwy, uwielbiam całować jego policzki, podgryzać mu stópki i furkotać w fałdki. Postanowiłam jednak, że nie będę matką-wariatką i staram się zachować we wszystkim zdrowy umiar, aby mieć czas dla siebie, dla Męża i przyjaciół. Powtarzam sobie co jakiś czas, że mój pucułowaty chłopczyk urośnie i pójdzie w świat, nie wychowuję go więc dla siebie. Oby udało mi się o tym pamiętać z biegiem lat.

***

Natalia – lat 25, szczęśliwa żona zakochana po uszy w swoim Mężu, szczęśliwa mama jak na razie jednego syna, zdredowana tradycjonalistka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...