czwartek, 23 czerwca 2016

Asia Perzanowska z Matka w kratkę

Czym jest dla mnie macierzyństwo - od „nie lubię dzieci” do bloga dla mam

Do macierzyństwa długo dojrzewałam. Nigdy nie należałam do kobiet, które marzyły o dzieciach, które lubiły je do tego stopnia, że zajmowały się cudzymi dziećmi, rozczulały na ulicy nad wózkami i brzuchami. Wręcz przeciwnie. Dzieci unikałam.

Moje wczesne wyobrażenie o macierzyństwie

Owszem chciałam mieć dzieci – idealnie dwójkę, idealnie chłopca i dziewczynkę, idealnie chłopca pierwszego córkę drugą, idealnie ...  W przyszłości. Kiedyś, kiedy dorosnę. Potem „kiedy dorosnę” zamieniło się w „po trzydziestce”. Tu przemówiły do mnie wyniki badań wskazujące na zwiększone ryzyko chorób genetycznych z wiekiem matki. Czas leciał i tylko moja babcia w każde święta pytała o wnuki.

Najstarsza i mama
fot. Album rodzinny


Planując rodzinę

Do starania się o dziecko podeszłam w sposób zaplanowany i zorganizowany. Kiedy wszystkie nitki się zbiegły i nastąpił ten moment – uznałam, że teraz, trzeba wszystko wyliczyć, wymierzyć. Miało to też swoje dobre strony. Kwas foliowy, witaminki – wszystko pod kontrolą. O ciąży dużo nie widziałam – wstyd przyznać, ale niektóre rzeczy odkrywałam z babskiego czytadła, którego tytułu niestety już nie pamiętam. „To w ciąży nie wolno pić coli?” – pytałam z przerażeniem w czasie naszej „ostatniej” wyprawy przed dziećmi - „Ani jeść niedosmażonego mięsa?”. Miałam szczęście, życie nie dało mi lekcji pokory. Po trzech miesiącach prób na teście ciążowym pojawiła się nieśmiała druga kreska. „Nic nie widzę” – skwitował mąż. Ale następnego dnia znów się pojawiła. A trzeciego była bardziej wyraźna. 

Po pierwszym dziecku

Czas ciąży niewiele zmienił. Zaczęłam powoli czytać podręczniki. Nawet udzielać się na grupie dyskusyjnej. Ale dzieci były ciągle wielką niewiadomą. Podręcznikowe przepisy chciałam stosować 1 do 1. Zero gości przez pierwsze 6 tygodni. Zero smoczka. Spanie w łóżeczku dla bezpieczeństwa. Potem pojawiła się córka. I sam poród i pierwsze tygodnie dały mi w kość. Dużo płakała. Ciągle była głodna. Ja nie widziałam co i jak. Przychodziły panie z poradni laktacyjnych, przychodzili lekarze. Wszystko było trudne (przewinięcie, wyjście na spacer) i wszystko było wyzwaniem. Kochałam córkę . Ale było mi przez dłuższy czas źle. Zajmowałam się czekaniem. Czekaniem aż mąż wróci z pracy. Czekaniem na weekend. Czekaniem na święta. Na urlop. Z wiosennym słońcem piękne momenty zaczęły przeważać. Odnalazłam klucz do obsługi dziecka. Ale rozumiem dobrze mamy zmagające się z frustracją.

Najstarsza
fot. Album rodzinny

I teraz

I było już tak dobrze, że dwa lata po pierwszej córce pojawiła się następna. A potem mąż (inicjator wszystkich poważniejszych kroków rodzinnych w naszym życiu) zaczął żartować o trzecim dziecku. Na początku zareagowałam: ha, ha, haJ Potem zorientowałam się, że on na poważnie. O nie, nie ma mowy! Duża rodzina jest fajna, ale troje małych dzieci… Ale kiedy nastąpiło kategoryczne nie, mąż powiedział „Smutno, że nie będziemy mieć już nigdy dziecka. No bo jak nie teraz to już raczej nigdy.” Fakt. Smutno. Następnego dnia też smutno. Po niecałym roku urodził się Najmłodszy. I wtedy – mimo, że kiepsko spał, mimo, że męża często nie było, a córki też wymagały uwagi, odkryłam, że urlop macierzyński może być dla kobiety pięknym i owocnym okresem.

Moje macierzyństwo po trzydziestce

Patrząc na siebie w wieku 20 czy 25 lat – obowiązkową perfekcjonistkę, cieszę się z tego, jak wszystko się ułożyło. Na bazie doświadczeń, ale też z pomocą książek, warsztatów i rozmów z innymi ułożyłam sobie, jak teraz wyobrażam sobie moje macierzyństwo. Jak chcę żyć, żeby było szczęśliwe i świadome. Żeby nie było czekaniem, a radością. Mniej planowania. Trochę więcej luzu (odpuściłam i perfekcjonizm, i obejmującą wszystkie aspekty chęć kontroli). Trochę mniej helikopterowania (trochę). Więcej przyglądania się dzieciom tu i teraz, czerpania radości z chwil codziennych. Więcej lekkości. Więcej świadomego wychowywania, stawiania na to, co jest ważne. Więcej zdobywania wiedzy i inspiracji, jak to zrobić. I jednocześnie więcej pewności siebie. Poczucie, że wiem co robię. Więcej bycia przy dzieciach, towarzyszenia im w życiu. Więcej gryzienia się w język. Stres? Oczywiście jest. Już nie przy każdym katarze. Ale przy ważnych decyzjach – tak. I na koniec - więcej myślenia o sobie i swoich potrzebach. Znajdowania na nie czasu. Organizowania życia z dziećmi tak, żebym i ja, i one miały satysfakcję z czasu spędzanego wspólnie. Szukania swoich tematów, powrotu do pasji jeszcze sprzed podjęcia życia zawodowego – jak pisanie, zdjęcia. Stąd blog. Ale też dystans do rodzicielstwa i nie zamykanie się w świecie rodzicielstwa. Przeszłam długą drogę od „nie lubię dzieci” do „lubię dzieci i piszę o ważnych (i mniej ważnych rzeczach) z nimi związanych”. Macierzyństwo. Chyba niewiele innych wydarzeń w życiu pokazuje jak bardzo człowiek się zmienił i jak - nie bójmy się tego słowa – dojrzał. Moje macierzyństwo to droga. I tak jak w przypadku podróży, liczy się sama droga, a nie tylko cel.

***
Jestem Asia. Prowadzę bloga, gdzie pokazuję jak wychowywać dzieci, czerpiąc przy tym radość z macierzyństwa i nie zapominając o sobie i swoich potrzebach. Piszę, bo lubię  i chcę dzielić się doświadczeniem – którego trochę nazbierałam. Jestem matką trójki małych dzieci – dwóch córek w wieku przedszkolnym i mającego rok z hakiem syna. Lubię robić zdjęcia. Uwielbiam książki i seriale. Kocham być w drodze, w podróży, obserwować świat i spotykać ludzi. Doceniać codzienność i czerpać radość z chwili. Zapraszam na matkawkratke.pl!

4 komentarze:

  1. Dziś większość rodzących kobiet ma ten sam problem, nie mamy już doświadczenia, w rodzinach rodzi się coraz mniej dzieci, bardziej zwraca się uwagę na jakość potomstwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "jakość potomstwa" brzmi jakoś hardcorowo, ale prawda jest taka, że zawsze zwracamy uwagę na to, żeby zapewnić dziecku to co najlepsze i chcemy dać mu nawet gwiazdkę z nieba.

      Usuń
  2. Uwielbiałam dzieci odkąd pamiętam. Gdy moja siostra zaczęła swoją przygodę z macierzyństwem, ja byłam jeszcze wczesną nastolatką. Byłam zakochana w jej dzieciaczkach, uwielbiałam się nimi zajmować. W czasach studenckich wkręciłam się w skauting i prowadziłam zbiórki najmłodszych harcerek. To był mój żywioł. Zaczęłam czuć się (i niestety również zachowywać) jak ekspert od rodzicielstwa. Byłam pewna, że będę fantastyczną, wyluzowaną mamą. Dziewczynek oczywiście. Gdy wyszłam za mąż bardzo pragnęłam mieć dziecko. Gdy urodził się synek, zderzyłam się ze ścianą. Wracające wspomnienie porodu, dzień zlewający się z nocą w pierwszych miesiącach, przebywanie z dzieckiem 24/7 i niespodziewana dla mnie samej złość wobec własnego dziecka, a także niewystarczające wsparcie męża, dobijały mnie każdego dnia. Gdy już pomału dochodziłam do siebie, a synek był coraz bardziej ogarnięty, w dzień jego pierwszych urodzin dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Przerażenie 100%. Na szczęście wszystko się jakoś szczęśliwie poukładało i radości, jaka we mnie wstąpiła po narodzinach maleństwa, nie sposób opisać. Nadal jednak miewam momenty, że tęsknię za czasami sprzed macierzyństwa, moja cierpliwość wisi na włosku, a ja zamiast cieszyć się chwilą, skupiam się na czekaniu na bliżej nieokreślone "lepiej". I choć kocham moich chłopców, to mój entuzjazm wobec dzieci jako ogółu zdecydowanie opadł w porównaniu z tym, co było dawniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie chyba jest podstawą macierzyństwa, że zderzaku się z rzeczywistością i trzeba poukładać sobie wszystko w głowie. I muszę przyznać Ci rację, mój entuzjazm też opadł - kocham Tadzia najmocniej na świecie, ale inne dzieci już mnie tak nie zachwycają!

      Usuń

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...