czwartek, 4 sierpnia 2016

Anna Kurzawa z Okiem Sary

Nie wiem, co to znaczy „ujrzeć upragnione dwie różowe kreski”. Nie wiem, co to znaczy „bać się powiedzieć wszystkim wokoło, że jestem w ciąży”. Macierzyństwo przyszło do mnie zupełnie naturalnie, chwilę po tym, jak zostałam żoną. 

Czy moment był dogodny? Kilka tygodni po ślubie, kilka tygodni od rozpoczęcia nowej pracy, kilka tygodni od przeprowadzki na niezbyt komfortowe mieszkanie… Chyba nigdy nie ma dogodnych momentów. Dogodne ma być nastawienie: „Będę mamą!”, „Będziemy rodzicami!”. Wiele osób pytało, czy się cieszę. Przez 4 miesiące niemalże mieszkałam w łazience, przestałam gotować, a wyjście do pobliskiego sklepu kończyło się mroczkami przed oczami. Nie miałam siły skakać z radości. Z drugiej strony miałam poczucie dzikiej normalności – podjęłam decyzję, że chcę być żoną i matką, więc jestem.

Ania
fot. Damian Kurzawa

Podejrzewam, że euforia przyszła wraz z kopniakami. Nawet nie z widokiem machającej rączki na USG. To też było hipernaturalne: tam w środku brzucha jest człowiek. Ale te kopniaki! Te próby nawiązania kontaktu przez dziecko, które mnie nigdy nie widziało, nie doświadczyło ode mnie nic, co by nie było zautomatyzowane przez mój organizm. A jednak! Szuka kontaktu – odpukiwanie nóżką na moje pukanie paluszkiem, wczołgiwanie się pod rękę mojego męża, która zdawać by się mogło – grzeje tylko moją skórę brzucha. A jednak! Reagowanie na mój śmiech i złość… Tyle interakcji.

Ten Okruszek od samego początku uczy mnie, że kontakt jest najważniejszy, że warto podejmować każdą próbę dialogu – czy poprzez połaskotanie, czy uśmiech, czy słowo. Ten dialog będzie budował naszą więź (ba! Już buduje!), zaufanie i wzajemną współpracę (czasem zdarza mi się taki przepływ myśli: „Jak nauczyć dwulatka chowania zabawek do kosza?”). 

Jaką będę matką? Na pewno złą. Zapomina mi się wziąć kwasu foliowego, ciągnie mnie do coli, dużo się stresuję… A tak serio? W oczach innych trudno znaleźć model uniwersalny „wzorowej matki”. Chciałabym umieć kochać bezwarunkowo i nie unosić się gniewem. Wydaje mi się, że krok w stronę tego pierwszego już zrobiłam – oddałam ciało, które się zmienia, nad którym nie panuję i które mnie znacząco ogranicza w tym czasie. Oddałam, bo kocham. Chcę oddać też moje ukochane wylegiwanie się w łóżku do późna, leniuchowanie po obiedzie z tabletem i dwugodzinne błądzenie po Tesco.  

Próbuję sobie nie wyobrażać jak to będzie. Znam teorie pedagogiczne, rozwojowe, metody pracy, ale nie… Mam przebłyski: dziecko na rękach, dziecko w wózku, wakacje z dzieckiem, odwiedziny u dziadków. Fascynują mnie za to wyobrażenia męża: noszenie dziecka w chuście, uspakajanie w środku nocy, zabieranie dziecka do pracy (!), planowanie, ile ciasta po narodzinach, do którego działu musi zabrać, przebieg akcji porodowej… Fantazji nie ma końca. I dobrze. Skoro nie towarzyszą mu te ruchy, radzi sobie na swój sposób. Ja przeżywam tu i teraz. Czasem zamiast wieszać pranie czy iść po zakupy, kładę się by pokontemplować ćwiczenie umiejętności motorycznych Maleństwa. 

Ania i ....
fot. Damian Kurzawa

Czy nie mogę się doczekać? Wszystko ma swój czas. Tak, jak na początku nie byłam entuzjastycznie nastawiona, acz udzielał mi się duży spokój, tak teraz, po fali entuzjazmu, z pewnością przyjdzie kolejna faza mająca mnie przygotować do nowej roli. Wszystko ma swój czas. Trzeba przygotować wyprawkę, zahaczyć o jakąś szkołę rodzenia (a może już za późno?), poodpoczywać jeszcze na zapas. Okruszek też musi jeszcze podrosnąć, powykształcać cechy niezbędne do samodzielnego funkcjonowania na tym świecie. Nie spieszy nam się – czekamy na siebie wzajemnie, wiedząc, że każda ze stron musi się jeszcze przygotować. W końcu te 9 miesięcy ma tak ogromny sens! Nieodpowiedni czas ma szansę stać się odpowiednim. Niegotowość – gotowością.

Choć, kiedy ktoś przyznaje mi się, że nie umie się zajmować się niemowlakami, ze szczerością odpowiadam: „Ja też nie. Nauczę się.”

***
Mam na imię Ania. Jestem coraz szczęśliwszą kobietą lat 25, od zimy żoną swojego męża, a na jesieni mamą swojego synka lub córki. Z zawodu pedagog, z zamiłowania bloger – prowadzę tzw. „soulstajlowego” bloga Okiem Sary, gdzie dzielę się porządkami czynionymi w mojej głowie i wartościami, którymi żyję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...