czwartek, 18 lutego 2016

Monika Meliani z Mama Notuje

Moje macierzyństwo, chociaż chciane i planowane, rozpoczęło się w momencie, który niektórzy określiliby jako co najmniej nieodpowiedni. Po kilku miesiącach starania się o dziecko stwierdziliśmy, że nie ma co nakładać na siebie presji. Niedługo się uda, byliśmy o tym przekonani, a tymczasem może spełnijmy nasze marzenia o podróżowaniu jak włóczykij i obieżyświat, nie turysta. Pozbądźmy się zobowiązań i zmartwień i żyjmy chwilą. Więc zrezygnowaliśmy z wynajmowanego mieszkania, wszystkie meble, ubrania, książki, płyty i sprzęt domowy rozdaliśmy albo sprzedaliśmy. Cały nasz dobytek znajdował się w plecakach. Ja nie pracowałam, mój Luby się zwolnił - jak być wolnym, to kompletnie. Mieliśmy trochę oszczędności, a przecież czynszu i rachunków mieliśmy przez jakiś czas nie płacić, więc na jedzenie wystarczy. 

Wyruszyliśmy w podróż.


Po miesiącu podróżowania okazało się, że w ciąży byłam już od jakiegoś czasu, tyle że miałam krwawienia w okresie planowanej miesiączki, byłam więc pewna, ze to zwykły okres. Siedzieliśmy w gabinecie lekarskim oglądając na USG nasze maleństwo i byliśmy świadomi, że nawet nie mamy domu, do którego moglibyśmy teraz wrócić i to świętować. Nie będę ukrywać, że się bałam. Nie mieliśmy pojęcia jak będzie wyglądała nasza przyszłość, gdzie będziemy mieszkać, czy Lubemu uda się szybko znaleźć pracę. Spotykaliśmy się wtedy z częstymi komentarzami, że jesteśmy kompletnie nieodpowiedzialni, bo w takich warunkach zdecydowaliśmy się na dziecko. Nie pomagało to się pozbierać i znaleźć siłę na robienie wszystkiego w tempie ekspresowym, na kolejną, diametralną zmianę życia. Wracaliśmy do normalności zostawiając marzenia o wolności i dzikich podróżach gdzieś z boku. Przygotowania na przyjście Misi dawały nam dużo radości i mimo tej niecodziennej sytuacji, nigdy nie żałowaliśmy, że ciąża pojawiła się właśnie wtedy. Jakoś wszystko udało się zorganizować - i mieszkanie, i pracę, i wszystko co dziecku do szczęścia potrzebne.

Cieszę się, że jestem mamą, a mój Luby cieszy się, chyba jeszcze bardziej (o ile to możliwe), że został tatą. Mam teraz dwójkę dzieci i nie oddałabym ich za żadne podróże i skarby świata. Czasem mam już dość, mam ochotę paść ze zmęczenia, krzyczeć ze złości lub płakać z bezsilności, a nawet wszystko to zrobić jednocześnie. I wtedy przychodzi do mnie Misia, z wielgachnymi, rumianymi policzkami, z lalką tkwiąca pod pachą i wciska mi ją, udając, że lala daje mi buziaki. No i topię się. Bezdzietni pewnie nie uwierzą, że można mieć takie uczucia będąc mamą, bo przecież to nic trudnego. Nie uwierzą też, że to wszystko może minąć za sprawą jednego przytulenia. A jednak. Może matki to nie do końca zrównoważone osobniki, a może po prostu to pozwala nam przetrwać codzienność.

 
Rodzicielstwo sprowadziło nas trochę na ziemię, musieliśmy zrezygnować z naszych spontanicznych pomysłów i życia chwilą, bo to jednak nie jest najlepsze dla dzieci. Ale nie znaczy to, że dzieci pozbawiły nas marzeń i naszego wrodzonego szaleństwa. Zaczynamy powoli znów podróżować, tym razem z dziećmi. To zupełnie inne podróżowanie, jak wszystko, odkąd towarzyszą nam maluszki. Ale inne wcale nie znaczy gorsze. Czasem jest nawet o niebo lepsze. Podołaliśmy ciężkiej sytuacji, zorganizowaliśmy nowe życie w ekspresowym czasie i pomimo niechęci otoczenia. Teraz już wiemy, że nie ma rzeczy niemożliwych. To najważniejsza rzecz, jakiej nauczyło mnie macierzyństwo.

***

Mama na emigracji, która nie przestaje marzyć, odkrywać i uczyć się od Lubego, dzieci i świata. Próbuje podołać wychowaniu wielojęzycznych dzieci w wielokulturowej rodzinie i nie zatracić przy tym polskości.

4 komentarze:

  1. To niezwykłe jaka jest siła w ciąży i macierzyństwie. W mgnieniu oka potrafimy uporządkować swoje życie i zmienić je na lepsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, stajemy się mistrzami organizacji

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Bardzo dobrze, we dwójkę zawsze łatwiej i przyjemniej

      Usuń

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...