czwartek, 25 lutego 2016

Katarzyna Grysiewicz z Emaliowany Czajnik

Pamiętacie kampanię „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”? Wywołała ona niemałą dyskusję w mediach społecznościowych. Główna bohaterka to kobieta, która swoje ambicje i plany zawodowe oraz realizację marzeń przekłada ponad macierzyństwo. Niestety kiedy osiąga wszystko to, do czego przez tyle lat dążyła, okazuje się, że na posiadanie dziecka jest już za późno. Został piękny dom z dużym tarasem oraz wspomnienia z podróży do Tokyo. Nie ma jednak z kim się tym podzielić. Wśród wielu moich znajomych kampania wywołała oburzenie. Mnie jednak wzruszyła i dała do myślenia, ponieważ w bohaterce widziałam cząstkę siebie. 

Praca od zawsze była dla mnie ważna, zresztą jakże mogłoby być inaczej, skoro jestem (a właściwie do niedawna byłam) aktywna zawodowo już ponad dziesięć lat – to jedna trzecia mojego życia! Nigdy nie przywiązywałam się do konkretnych miejsc i w ciągu dekady pracowałam w sześciu różnych firmach. Dużo? Mało? Nie czas i miejsce na dyskusję o tym. Ja jednak wiedziałam, że chcąc się rozwijać muszę znaleźć takie zajęcie, które mi to umożliwi. Bo właśnie nie praca sama w sobie, a rozwój były dla mnie najważniejsze. Szukałam takiego miejsca, do którego każdego dnia będę przychodzić przekonana, że dzisiaj dokonam rzeczy wielkich. I wiecie co? Udało mi się to. 

Kasia
fot. R.A.G.

Jeszcze rok temu nie wyobrażałam sobie życia bez codziennego wstawania o tej samej porze i robienia czegoś ważnego. Życia, którego rytm wyznaczają spotkania, przerwy na kawę i wyjazdy służbowe. Życia, gdzie bez stresu mogę planować szalone i nieodpowiedzialne podróże na drugi koniec świata, nie martwiąc się, że pochłoną one wszystkie oszczędności. Przecież zapracowałam na to i należy mi się. Żyje się tylko raz i więc trzeba korzystać dopóki jest okazja.

W moje ostatnie urodziny z dwójką z przodu zdecydowałam, że daję sobie jeszcze dwanaście miesięcy takiej beztroski. Będzie to ostatni rok szaleństwa i poświęceń. Później czas wyznaczyć sobie inne priorytety. Nie minęły cztery miesiące od tych postanowień, jak lekarz podczas badania USG pokazał mi małą fasolkę, która zagnieździła się w moim brzuchu. Zmiany przyszły szybciej niż planowałam. Stało się to w bardzo nieodpowiednim (tak wtedy sądziłam) momencie – akurat negocjowałam nowe warunki umowy i rozpoczynałam projekty kluczowe dla mojej kariery. Szykowała się nie tylko podwyżka, ale też możliwość dopisania do CV znaczących osiągnięć. Co robić? Zaprzepaścić taką szansę? Nie mogę nikomu powiedzieć o ciąży. Przynajmniej do czasu aż nie będzie jej widać. Dam przecież radę, ciąża nie może być taka straszna. 

Kasia
fot. R.A.G.

Na szczęście pierwszy trymestr okazał się dla mnie łaskawy. W dziale poza mną pracują sami mężczyźni, więc żaden z nich nie zorientował się, że pojawił się u mnie kawowstręt, a moja dieta opierała się głównie na bananach i sucharkach. Przecież kobiety ciągle są na jakiejś diecie, więc to chyba normalne. Jako, że jestem drobnej budowy i w pierwszych tygodniach dodatkowo schudłam to brzuszek zaczął wystawać dosyć szybko. Już w czternastym tygodniu wnikliwe oko, mogło zauważyć, że coś się święci. Rozmowa z szefem była jedną z najtrudniejszych, jakie musiałam odbyć. Słowo „ciąża” nie mogło przejść mi przez gardło. Pamiętam tylko jak zapewniałam go o tym, że moje projekty nie ucierpią i będę pracować do końca. Ale ja głupia wtedy byłam! Będąc częścią męskiego zespołu nie chciałam pokazać, że jestem słabsza. Wręcz przeciwnie, to ja mam najlepsze projekty i nie zamierzam się nimi z nikim dzielić. Moje, nie oddam! I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, z coraz większym zmęczeniem i rosnącym brzuchem robiłam te swoje ważne projekty. I wiecie co? 

Żałuję. 

Pierwsze dwa trymestry minęły błyskawicznie. Przyszedł grudzień i upragniony trzytygodniowy urlop, na czas którego musiała oddelegować zadania współpracownikom. Planowałam, że do pracy wrócę do końca stycznia, a jak się uda to nawet i w lutym będę pracować z domu. Jak to, ja nie dam rady? W trakcie podróży jednak zmądrzałam. Mogłam skupić się na sobie, na swojej ciąży, na ojcu mojego dziecka i na maleństwie, które bryka w moim łonie. Odpoczęłam jak nigdy wcześniej, a po powrocie do domu uznałam, że już tu zostaję i nigdzie się nie ruszam. Czas zająć się sobą i przestać być bohaterką, bo i tak w ostateczności nikt tego nie doceni.

Macierzyństwo, chociaż jeszcze na dobre się nie zaczęło, pozwoliło mi zmienić perspektywę. Zwolnić nieco i przestać zaprzątać sobie głowę rzeczami, nad którymi nie mam kontroli. Nie ukrywam, że brakuje mi pracy. A właściwie brakuje mi rytmu dnia wyznaczanego przez pracę, związanej z nią adrenaliny, życia w lekkim niedoczasie i stresu, który mobilizuje do działania. Z drugiej strony coraz bardziej zaczyna podobać mi się nowa rola, w której powoli się odnajduję. Wiąże się z nią cel, jako sobie wyznaczyłam: będę najlepszą mamąever!

***

Cześć, mam na imię Kasia i jestem pracoholikiem. Do niedawna robiłam niemożliwe i przenosiłam góry w agencji e-commerce. Obecnie natomiast rozwijam swój nowy projekt „dziecko”. W kwietniu zostanę mamą małej Kalinki. Moją pasją są podróże w nieznane oraz gotowanie. Uwielbiam poznawać nowe miejsce, podglądać nieznane mi zwyczaje i odkrywać smaki regionów, które odwiedzam. O moich życiowych wzlotach i upadkach przeczytacie na blogu www.emaliowanyczajnik.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...