czwartek, 31 grudnia 2015

Martyna Matuszak

Macierzyństwo... Wyczekiwałam tego czasu bardzo mocno. Nie było to dla mnie coś nowego, nie było to moje pierwsze podejście do tematu, ale wyczekiwałam tego, chciałam wreszcie doświadczyć bycia mamą. Niczego tak w życiu nie pragnęłam, jak poznać, czym tak naprawdę jest macierzyństwo. Po wcześniejszych przejściach i podejściach musiało minąć trochę czasu, abym była gotowa ponownie starać się o dziecko. Wiedziałam, że jeśli zobaczę te dwie kreski na teście ciążowym, będę musiała myśleć pozytywnie i zapomnieć o tym co wydarzyło się wcześniej. Wiedziałam, że muszę być w pełni gotowa psychicznie na to, co miało nadejść. Czekałam na ten moment dobry rok, aż w końcu oznajmiłam narzeczonemu: Jestem gotowa! Możemy spróbować jeszcze raz. Bardzo ucieszyła go ta wiadomość. Staraliśmy się prawie kolejny rok - byliśmy cierpliwi, bo wiedzieliśmy, że w końcu nam się uda. No i tak się stało. Po wielu smutnych chwilach i morzu łez, udało mi się.  W święta 2014 roku zobaczyłam upragnione dwie kreski! Hura! Radość nie do opisania. Czekaliśmy jedynie na potwierdzenie tej informacji u lekarza. Okazało się, wszystko jest tak jak chcieliśmy, w najlepszym porządku. Cieszyliśmy się bardzo, ale muszę przyznać, że wtedy nie chciałam jeszcze dzielić się z nikim tą radością. Może i byłam niemądra, ale nie chciałam zapeszyć. Miałam być gotowa, nie myśleć o wcześniejszych sytuacjach, ale kiedy przyszło co do czego, okazało się, że wspomnienia wróciły, obawy również. Nawet nie mówiłam o nich narzeczonemu. Dusiłam wszystko w sobie i modliłam się, aby tym razem udało się, abym w końcu dotrwała do końca... 

Martyna z córeczką Marysią
Fot. Selfie

7 września 2015 roku padły słowa: Skarbie-odeszły mi wody, była 3 rano. Wszystko było gotowe, pojechaliśmy do szpitala. Godziny ciągły się niemiłosiernie. Byłam głodna, zmęczona i wyczerpana porodem. O godzinie 16:50 zostałam mamą! To było cudowne uczucie - poczuć moją córeczkę na moim ciele i usłyszeć jej pierwszy płacz. Dźwięk, na który tak bardzo czekałam. Razem z narzeczonym byliśmy przeszczęśliwi. Nie mogliśmy się napatrzeć, nacieszyć. Oboje nie kryliśmy wzruszenia.

W szpitalu spędziłyśmy dwie doby. Stan Marysi był bardzo dobry, ja również czułam się świetnie, po ciężkim i długim porodzie. W domu poczułam ulgę, choć wiedziałam, że łatwo nie będzie. Nasi rodzice mieszkają średnio 100 kilometrów od nas, więc po powrocie do domu czekało nas nie lada wyzwanie, byliśmy zdani tylko na siebie. Narzeczony pracował, w dalszym ciągu pracuje całe dnie. W domu jest dopiero po południu, więc tak naprawdę od początku sama musiałam podołać opiece nad naszą córką. Jednak nie było to dla mnie większym problemem. Na początku byłam zmęczona, w dzień musiałam ucinać sobie drzemkę. Z czasem jednak poczułam, że zachowuję się samolubnie - przecież muszę zrobić obiad, posprzątać, a nie spać pół dnia. Nikt mnie na to nie naprowadzał, sama z siebie na to wpadłam. I tak z każdym dniem odczuwałam mniejsze zmęczenie, było coraz łatwiej. Zaczęliśmy cieszyć się sobą i poznawać uroki oraz trudy macierzyństwa. Od samego początku Marysia była pogodnym dzieckiem, z każdym dniem uczyliśmy się jej na nowo. W całej tej naszej rodzicielskiej edukacji wciąż jesteśmy świeżakami skorymi do nauki, a idzie nam coraz lepiej, bo mamy świetną nauczycielkę  - naszą córeczkę!
 
Muszę przyznać, że dla mnie macierzyństwo to cudowny czas, ale nie obyło się również bez chwili załamania i łez - czułam się zmęczona, ale przede wszystkim bezsilna. Marysia miała mocne kolki. Płakała bez przerwy przez kilka godzin, a ja nie mogłam jej pomóc. Robiłam wszystko co tylko mogłam - szeptałam spokojnie do uszka, masowałam brzuszek, nuciłam piosenki, przytulałam i zapewniałam o swojej miłości. Nie pomagało. W pewnym momencie zostawiłam córeczkę z tatą i wyszłam zapłakana. Czułam, że robię coś nie tak jak trzeba. Mój narzeczony prosił bym wróciła, bo Marysia zaczęła płakać jeszcze bardziej kiedy mnie zabrakło. A ja czułam się fatalnie. Nie mogłam jeszcze wtedy wrócić, było dla mnie za wcześnie. Zadawałam sobie pytanie: Co ze mnie za matka, jeśli nie potrafię pomóc własnemu dziecku? Kilka minut zajęło mi uspokojenie się na tyle, by wrócić do córki i przekazać jej ten spokój. Kiedy mnie zobaczyła, wtuliła się w moje ramiona. Wtedy poznałam odpowiedź na pytanie. Najbardziej pomogę jej będąc blisko.

Marysia
Fot. Martyna Matuszak

Wtedy zrozumiałam tak naprawdę co to znaczy być mamą. To być przy dziecku bez względu na wszystko, bo nic tak nie uspokaja dziecka jak poczucie bezpieczeństwa, które najlepiej mogą mu zapewnić jego rodzice. Na dzień dzisiejszy Marysia w dalszym ciągu ma kolki, ale nie są one już tak dokuczliwe. Przesypia w nocy po 7-8 godzina - w co nikt nam nie wierzy twierdząc, że trzymiesięczne dziecko nie wytrzyma tyle bez jedzenia. Najlepiej jest jej przy mamie i nic tak nie uspokoi mojej córki jak mój widok.

Nasza córeczka jest najwspanialsza na świecie. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że mamy nasz największy Skarb przy sobie. Co prawda od porodu minęło niewiele czasu, to my już myślimy o rodzeństwie dla Marysi. Nie chcemy, by między naszymi dziećmi była zbyt duża różnica wieku. Ale spokojnie, najpierw musimy odchować jedną kruszynkę. Dopiero później weźmiemy się do roboty. Teraz, cieszymy się każdą chwilą spędzoną razem i staramy się wykorzystać wspólny czas najlepiej jak tylko umiemy. Pierwsze święta razem będą szczególne - spędzone we troje. Tak długo czekaliśmy na te chwile - w końcu się udało. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że w te święta będziemy w komplecie. 

***

Jestem Martyna. Mam 25 lat i jestem mamą cudownej dziewczynki Marysi, która obecnie ma cztery miesiące. Z wykształcenia jestem filologiem (specjalność angielski). Uwielbiam muzykę, film i przebywanie z moją rodziną. Od wielu lat szczęśliwa narzeczona - w 2015  miałam zmienić status na mężatka, ale termin porodu pokrył się z datą ślubu, więc trzeba było przesunąć ślub, bo przecież terminu porodu nie przesunę! W życiu kieruję się zasadą, by każdy dzień spędzić tak, jakby miałby być ostatnim. Cieszę się dniem i tym co otrzymałam od losu - najwspanialszą rodziną pod słońcem.

2 komentarze:

  1. to wspaniale, że w końcu się udało:))) Mój Antoś też jest z 2014 roku. I też miał być wrześniowy, ale troszkę się pośpieszył

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz Tadziu urodził się równo rok przed Marysia z posta!

      Usuń

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...