czwartek, 24 grudnia 2015

Natalia Konicz-Hamada

Pytanie za 100 punktów, które zadałam sobie, zasiadając do pisania tego tekstu:

kiedy zaczęło się moje macierzyństwo?

Doskonale pamiętam, gdy po raz pierwszy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym. Poryczałam się wtedy ze szczęścia jak bóbr. Ta wybuchowa mieszanka radości, niedowierzania, strachu. I choć wtedy faktycznie w sposób zupełnie namacalny i konkretny byłam już mamą małego ziarenka, nie był to „ten” moment, nie był to początek macierzyństwa w mojej głowie. Nie wystartowało we mnie też wtedy, gdy w kościele powiedzieliśmy z moim mężem „tak” na przyjęcie i wychowanie potomstwa. Tak naprawdę przyszło w chwili, gdy opanowało mnie takie zupełnie pierwotne uczucie – chcę urodzić mojemu mężowi dziecko. Brzmi to może nienowocześnie, a może zupełnie „jak z księżyca”, ale dokładnie takiego uczucia wtedy doświadczyłam. To było przemożne pragnienie kobiety będącej w związku z (fantastycznym) mężczyzną dania mu potomstwa (tak! dania-jemu – dokładnie takie słowa rezonowały w mojej głowie). Chciałam zostać matką dzieci mojego męża. I poszłam za tym głosem. W trochę ponad 3 miesiące po naszym ślubie powołaliśmy do życia naszą córkę.

Abyśmy się dobrze zrozumieli - nie przypisuję macierzyństwu specjalnych właściwości, nie uznaję za jedyne słuszne powołanie kobiety i jedyną formę realizacji. A jednocześnie uderza mnie ta świadomość, że rodzimy dzieci od wieków, od tysięcy lat. Ta siła natury, ta jej pierwotność, ta jej ciągłość. Tak po prostu jest, nie ma sensu z tym dyskutować, czy występować przeciwko.

Natalia z córką Manią
Fot. Album rodzinny

I dziś jestem mamą trójki dzieci. Bystrej trzylatki, malucha, który postanowił spotkać się z Panem Bogiem, zanim spotkał się z nami i jest takim naszym towarzyszem w niebie, oraz kajtka, który zadba o ciągłość rodowego nazwiska, a którego nikt jeszcze nie widział, bo od 38 tygodni skrywa się w moim brzuchu.

I uwielbiam być ich mamą. I nie znoszę być ich mamą.

Co jednak w tym wszystkim dla mnie najważniejsze i czego ciągle się uczę i ciągle sobie wbijam do głowy, to fakt, że nie będę innym rodzicem, niż jestem człowiekiem. Nie będę innym rodzicem, niż jestem człowiekiem. Nie i kropka.

Co to oznacza w praktyce? Że nie zacznę nagle pimpilimpać do moich dzieci, nie zacznę akceptować w moim domu wielkiego bałaganu i nie pozwolę moim dzieciom na nadmierne marudzenie przy jedzeniu. Nie polubię spania z nimi w jednym łóżku, choćby wszyscy psychologowie świata powiedzieli, że to jedyna dobra metoda. Tak samo nie pozwolę im płakać bez końca, żeby je czegoś nauczyć. Będzie mi czasem brakować do nich cierpliwości i podniosę głos, chociaż to niewychowawcze. Czasami nie tylko pomarzę o ucieczce od nich, ale to marzenie w jedno- czy dwudniowym wymiarze zrealizuję. Nie będę się z nimi walać nieustannie po podłodze. Za to będę je dużo, dużo przytulać…

Bo jestem nerwusem i pedantką (znacie ten internetowy obrazek, że kto traci czas na sprzątanie, nie żyje naprawdę? Fiuuuu, to stwierdzenie jest oddalone o lata świetlne od moich przekonań ;)). Bo czasem jestem egoistką. Bo częściej bywam poważna, niż wariuję. Bo nie lubię myśleć o sobie w kategorii „mama” przez 24 godziny na dobę. Bo lubię ironię i sprawnie się nią posługuję. Bo uwielbiam się przytulać. Bo lubię tradycyjne polskie jedzenie. Bo…

Natalia, Mania oraz prawdopodobnie Daniel,
noszony jeszcze w brzuchu
Fot. Album rodzinny

Nie chcę tu wymieniać wszystkich moich cech charakteru i metod wychowawczych, nie to jest moim celem. Chcę za to w taki obrazowy sposób przedstawić moją „filozofię macierzyńską”. Daję sobie i innym kobietom prawo do posiadania własnych przekonań. I do realizowania ich we własnym domu, w zgodzie ze swoją naturą i w szacunku i miłości do swoich dzieci. Nie chcę mieć wyrzutów sumienia, że nie jestem dość cierpliwa, że nie pozwalam moim dzieciom umazać się błotem, że czasami czuję się w domu uwiązana. Może o jakieś doświadczenia będą kiedyś uboższe. A o inne bogatsze. Jestem mamą, ale i żoną, kobietą, przyjacielem, pracownikiem. Lubię wszystkie te sfery. Wierzę w swój (i mojego męża) rozsądek. Bez nadmiernej zarozumiałości, bez nadmiernej uniżoności. Bez nadmiernego przekonania o własnej nieomylności i bez nadmiernych wątpliwości. A to, co najmocniej mnie utwierdza w tej wierze, to szalona, czasem totalnie obezwładniająca miłość do naszych dzieci. Naturalna. Pierwotna.

***

Natalia – z wykształcenia psycholog i muzyk, z zawodu tłumacz, z zamiłowania wolontariusz. (Raczej) rodzinny typ. Żona Słowaka, mama najcudowniejszej pod słońcem Mani, bąbla, który siedzi od ponad roku w niebie i (najprawdopodobniej) Daniela, który przyjdzie na świat w grudniu (bo mama chciała zdążyć przed nadchodzącą w styczniu 30-tką i udało się ;)). Więcej o jej polsko-słowackim życiu można poczytać na blogu Słowacki Galimatias (www.slowackigalimatias.blogspot.com).

 ***
W czasie, kiedy Natalia pisała tego posta była jeszcze w ciąży. Jednak 15.12.2015 roku o 3:45 na świat przyszedł Daniel Józef Hamada, który ważył 4100 gramów i mierzył 53 centymetry.

2 komentarze:

  1. "Nie będę innym rodzicem, niż jestem człowiekiem" - chyba sobie to zapiszę i powieszę na ścianie ;)
    Dla brzuchacza te wpisy są mega podnoszące na duchu :) Aleksandro, proszę prowadzić gościnne wpisy najdłużej jak się da :D
    N.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też najbardziej spodobało mi się to zdanie!

      Postaram się tak długo jak tylko to możliwe, jak tylko inne mamy będą chciały pisać! Zaczekamy aż dołączysz do grona mam :*

      Usuń

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...