wtorek, 12 września 2017

Adaptacja w przedszkolu

Pierwsze dni w przedszkolu to krew, pot i łzy. No, może nie ma krwi... ale ilość łez i potu rekompensuje te braki. Nie ma co się oszukiwać, 1 września to początek bardzo trudnej drogi zarówno dla dzieci, jak i rodziców. Warto jeszcze w czasie wakacji zacząć przygotowania, o których pisałam wcześniej, ale  nawet one nie dadzą nam stu procent pewności, że adaptacja będzie przebiegała pomyślnie. Nawet jeśli pierwszego czy drugiego dnia dziecko pójdzie do placówki zadowolone to... potem ma już świadomość co się święci i kolejne dni bywają jednak ciężkie dla wszystkich - dzieci, rodziców i pań przedszkolanek.


Nasza adaptacja przebiegła zadziwiająco pomyślnie! Stresowałam się maksymalnie, chyba nawet bardziej niż Tadeusz, który pierwszego dnia, gdy wbrew moim wyobrażeniom poszedł do przedszkola dosyć chętnie - w szatni odnalazł swój znaczek, zawiesił worek, przebrał kapcie i... nawet się nie pożegnał, a już zniknął w sali. Smutno mi się zrobiło, ale rozsądek podpowiadał, że należy się cieszyć z takiego toku sprawy, bo to chyba lepsze niż awantura i łzy. Podejrzewałam, że Tadeusz po prostu nie zdawał sobie sprawy z tego, że zostanie sam - mimo, że rozmawialiśmy o tym nie raz, nie dwa. Pierwszego dnia postanowiłam odebrać go szybciej, czyli zaraz po obiedzie, a przed spaniem, które w pierwszych dniach dla dzieciaków jest koszmarem. I wcale mnie to nie dziwi... bo przebieranie się w piżamy i spanie to jasny sygnał "nikt mnie nie odebrał, zostanę tu na noc" - pociesza mnie fakt, że sama pamiętam leżakowanie w przedszkolu i przebieranie się w piżamę, ale traumy nie mam, więc chyba z czasem takie rzeczy jednak się zapomina. Nie mniej jednak uważam to przebieranie się do snu za idiotyczny pomysł i dodatkowy stres, którego można by uniknąć. Drugi dzień (4 września), chociaż następował po weekendzie, był również łaskawy. Tadek już nieco bardziej świadomy, ale jeszcze bardziej ciekawy wyruszył do przedszkola - tym razem się pożegnał i poszedł. Kryzys nastąpił dopiero podczas wspomnianego leżakowania. Poza tym nieustające pasmo sukcesów... które skończyło się już następnego dnia. 

Trzeciego dnia (5 września) przestaliśmy być dzielni, oboje. Tadeusz płakał od rana, że nigdzie nie idzie, bo nie chce być sam, a przedszkole wcale mu się nie podoba, bo nie ma mamy i taty. Wszelkie zapewnienia i obietnice odbioru były o kant dupy rozbić. Ostatecznie został w przedszkolu zasmarkany, a ja równie zasmarkana wracałam do domu, bo serce mi pękało na samą myśl o tym, że został taki biedny i sam... chociaż mam świadomość, że przedszkole jest dobre i nie dzieje mu się tam żadna krzywa. A jednak jestem miękka i łza pociekła nie tylko Tediemu, ale mi również! Zwłaszcza, że jego płacz to wcale nie była żadna próba wymuszenia, foch czy awantura i szarpanie się... ale lament naprawdę smutnego malucha. 

Czwarty  dzień (6 września) był równie smutny, jak jego poprzednik. Pocieszeniem było to, że Tadeusz wyszedł z sali bardzo zadowolony, z brudną buzią i koszulką noszącą ślady obiadu. Zrobił też pierwszy rysunek, który zabraliśmy do domu, więc mimo trudnych początków to koniec przedszkolnego dnia okazał się być znośny. W końcu jak to mówią - nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy... i tego się trzymajmy. 

Piąty dzień (7 września) przypadł w dniu trzecich urodzin, więc Tadek szedł do przedszkola nie tylko z gilem po pas, ale również torbą cukierków - chociaż upierał się, że nie zabierze ich, bo zęby się od nich psują. Wrócił zadowolony, bo dzieci śpiewały dla niego: sto lat, sto lat (...) i razem zjedli słodkości, a na dodatek dostał jeszcze książeczkę z życzeniami i obrazkami od przedszkolaków, które robili w czasie zajęć - co uważam za świetny zwyczaj w przedszkolu! Poza tym moje dziecko zjadło całą miskę kaszki manny i chciało dokładkę, co nigdy w życiu się nie zdarzyło!

Szósty dzień (8 września) znów był dniem kryzysu, smutku i żalu... ale ustalenie, że zaraz weekend i będziemy przez dwa dni razem w domu, jakoś pomogło.

Siódmy dzień (11 września) to chyba dzień, w którym odetchnęłam z ulgą i stwierdziłam, że adaptację uważam za udaną! Tadeusz poszedł do przedszkola zadowolony, chociaż spodziewałam się, że po weekendzie będzie ciężko - upewniał się po drodze czy po drzemce i podwieczorku na pewno przyjdziemy. Nie było ani krwi, ani potu, ani łez. Ochoczo poszedł do sali, znów bez pożegnania, a po południu wyszedł z niej bardzo zadowolony. Na korytarzu wisiała jego pierwsza przedszkolna praca malowana farbami, a we włosach zostały resztki kisielu.


W adaptacji pomogło nam... zrozumienie! Brzmi banalnie, ale tak właśnie sprawa wygląda. Po pierwsze rozstania wyglądały tak, jak reżyserował je Tadeusz - raz dawał buziaka, innym razem biegł bez pożegnania, raz szybko, a raz siedzieliśmy na ławeczce w szatni kilka chwil dłużej. Po drugie zawsze zabieramy ze sobą do domu kapcie i worek, a kolejnego dnia niesiemy je ze sobą - nie wiem w jakim celu, ale skoro tak dziecku ma być lepiej na sercu to ja będę te tobołki nosiła w te i we wte! Po trzecie Tadek zawsze mówi, że nie pójdzie więcej do przedszkola, ale... sprawdza co jutro na obiad, więc stało się to rytuałem, którego przestrzegamy. Pewnie jeszcze nie jeden kryzys przed nami, ale póki co cieszę się, że adaptacja przebiegła możliwie bezboleśnie i szybko! 

No bomba! Bumba-tumba, jak mawia Tadek!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...