czwartek, 6 października 2016

Ola Przybylska

Hmmmm, od czego by zacząć... Ja niepoprawna optymistka, tak rzekłam o sobie kiedyś sama i tak niech zostanie, bo to właśnie pozytywne myślenie nakręciło całe moje macierzyńskie, i nie tylko zwariowane życie!

Miesiąc temu - 10 rocznica ślubu, roczek młodszego synusia Bartka. Starszy Adaś właśnie skończył 2,5 roku... nijak w świetle obecnego świata mają się te lata do siebie. Ale czasem tak życiu bywa, że oczekiwane staje się nieoczekiwanym i odwrotnie.

Na dzieci długo musieliśmy czekać. Codzienna walka z chorobą bywa męcząca, ale jak się "wół" uprze to nie ma rady... i tak my - ja i mój cudny wybranek Timek - jak te "woły" nie daliśmy za wygraną i walczyliśmy nastawiając się nawzajem do pozytywnego myślenia. Gdzieś, po kilku latach pojawiła się nadzieja na założenie pompy insulinowej (i chwała Owsiakowi za takie akcje!), która miała poprawić moje wyniki i dać zielone światło... zapisałam się więc na listę oczekujących. Dwa miesiące później - podejrzenie nowotworu. Wtedy czułam, że grunt pali mi się pod nogami i mogę już nigdy nie poczuć jak to jest być matką. Szymek - tatą...


Ola, Szymon z Adasiem i Bartusiem
fot. Album rodzinny


Chwila zwątpienia była krótka... miesiąc później było już usunięte to co miało. My pozytywnie nakręceni, miesiąc po operacji odbieramy wyniki - wszystko ok. Pół roku po tych wojażach zadzwonił telefon... jest dla mnie pompa!! Świat stoi przed nami otworem! Zakładamy, uczymy się z nią żyć... patrząc pozytywnie w przód... wyniki coraz lepsze. Po nieco ponad pół roku zaszłam w pierwszą ciążę. Było to krótko przed naszą 7 rocznicą ślubu. Nasz cud!! Oboje wiedzieliśmy, że będzie to okres ogromnej walki, a nie przysłowiowego jedzenia lodów w środku nocy. Tak też było, notoryczne badania, wyrzeczenia, bardzo wyidealizowany zdrowy tryb życia. Co by pięknie nie było... w 36 tygodniu ciąży wypadek samochodowy. My jednak nie przestaliśmy pozytywnie patrzeć w przyszłość, ze wszystkich sił walczyliśmy o nasz Cud. I tak zachłyśnięci swoim szczęściem w marcu 2014 roku zostaliśmy rodzicami pięknego, zdrowego chłopca.

Adaś, bo zawsze wiedziałam, że gdy będzie mi dane mieć syna to tak właśnie będzie miał na imię! Jako noworodek i niemowlę nie był bardzo wymagający albo po prostu my tego nie dostrzegaliśmy. Miałam nawet czas żeby szyć dla niego kolorowe podusie... żabki, rybki, sowy czy koteczki. Teorię miałam w końcu doskonale opanowaną, od prawie 10 lat pracuje w jednostce, która to zasadniczo ukierunkowana jest na pomoc rodzinie, a w szczególności dziecku. Wraz z Timkiem, zachłyśnięci tak swoim nieograniczonym szczęściem w postaci Adasia, postanowiliśmy czym prędzej walczyć o kolejnego potomka... wiedzieliśmy, że albo teraz albo nigdy!! I tak znów zaczęliśmy ostrą batalię. W październiku dostaliśmy zielone światło, w listopadzie zaszłam w kolejną ciążę i wiedziałam, że ta ciąża będzie jeszcze trudniejsza, w końcu jedna była już za mną, a do tego miałam niemowlaka na ręku. I tak było. Najcięższe były rozstania, kiedy to musiałam jeździć do kliniki na badania a Adaśko zostawał z tatą w domu. Miałam wrażenie, że nikt nie wykona względem małego wszelkich obowiązków tak dobrze jak ja sama, myślałam: w końcu jestem jego matką i nikt poza mną nie rozumie jego potrzeb. Wbrew pozorom tatowie również mają równie mocny instynkt opiekuńczy (choć czasem ciężko było mi to przyznać!). I tak w sierpniu 2015 roku na świat przyszedł nasz drugi synuś Bartuś!

Obawialiśmy się jak brat przyjmie brata, jak podołamy z dwójką totalnie niesamodzielnych szkrabów. Rozterek było sporo, ale pozytywne nastawienie do życia chyba zawsze nas ratowało. Pamiętam ten dzień, kiedy po ponad miesięcznej mojej nieobecności w domu wróciłam z maleństwem na ręku. Adaś nie dowierzał, że mnie widzi... no i dzieć jakaś przyklejony do mamy... O co tu chodzi?? Karmiąc piersią Bartusia, płakałam razem z Adasiem, który rozpaczał nad widokiem innego maleństwa przy mej piersi. Takich sytuacji na początku było sporo i choć serce mi się radowało, że mam tak cudne szkraby, rozpaczałam z nimi wspólnie, kiedy któryś czuł się odtrącony na poczet drugiego.

Ola, Adaś i Bartuś
fot. Album rodzinny

Teraz Adaśko (2.5-latek) i Bobo (13 miesięcy) zaczynają mieć wspólne tematy... Ha, jak fajnie to brzmi. I chociaż początki były ciężkie, bo Bartuś był dzieckiem bardzo kolkowym, więc często chustowany, a że wcześniej chustowany był i Adaś to czasem toczyła się walka o miejsce w chuście. Obu chciałam dopieścić, ale często miałam wrażenie, że ogarniając jednego - zaniedbuję drugiego. Najbardziej bawią mnie momenty, kiedy przypomnę sobie, jak to Bobo na cycku wisiał, a Adaśko z bombą w pieluszce - moje rozterki: Czy odstawić Bartka (będzie ryk) czy przetrzymać z bombą Adaśka (też będzie ryk)... tak czy owak bez płaczu się nie obeszło! Ja dostawałam białej gorączki z braku dodatkowych rąk, oni lajtowo upominali się o swoje. I za to uwielbiam dzieci - beztroska pełną gębą! I choć wychowanie w teorii mam opanowane to nie jestem idealna, do ideału mi daleko... też czasem brak mi sił i burczę sobie pod nosem trzy po trzy, rzuciłabym na moment wszystko i trzasnęła drzwiami, co by gdzieś w lesie rozładować swoje emocje. W takich momentach najbardziej chyba zdaję sobie sprawę z tego, jak los mnie obdarował, że takie rozterki w ogóle mam. Jaki ten dom byłby pusty i bezwartościowy bez tego śmiechu dwóch goniących się krasnali, które za chwilę płaczą, bo szarpanina w pełni, porozrzucanych zabawek czy właśnie włączającego się konika, kiedy maluchy usypiają. Przykładów można mnożyć... 

Staram się być dobrą matką, cokolwiek to znaczy! Też popełniłam błędy, zdąży mi się krzyknąć... ale potrafię przyznać się do błędu, przeprosić. To prawda, że czasem rozpieszczam, ale też stawiam wyraźne granice, dla niektórych nawet dość niezrozumiałe, np. słodycze tylko w weekend. Uwielbiam fantazjować razem z nimi - farby, rączki i stare ubranka są jednym z przykładów na jednoczesną super zabawę i zapomnienie na chwilę o codziennych problemach. Coś w rodzaju rodzaj beztroskiej odskoczni. Sednem sprawy w macierzyństwie nie jest jednak dla mnie bycie idealną mamą, ale moc więzi jaką plotę codziennie pomiędzy mną i moimi szkrabami, każdym z osobna i pomiędzy nimi nawzajem, poczucie bliskości i bezpieczeństwa, pokazywanie, że nie jest się ideałem, ale zarazem dążenie do niego, co by w świat mogli iść śmiało budując zdrową relację z innymi tworząc w przyszłości kochające się rodziny.


***


Jestem Ola. Żona Szymona, mama Adasia i Bartusia. W pracy wspieram rodziny, po pracy lubię szyć i poczytać dobrą książkę, chociaż tu mam spore zaległości. Zupełnie nie wiem dlaczego! Całą rodzina uwielbiamy paralotniarstwo oraz wszystko co się z tym wiąże. Uwielbiam chusty i noszenie moich synów, taką bliskość - ja, oni, chusty. 

1 komentarz:

  1. Ależ walka! Podziwiam pary, które są tak zdeterminowane. Mi zajście w ciążę zajęło dwa miesiące, więc trudno mi sobie wyobrazić, co przeszliście.

    OdpowiedzUsuń

Zobacz też:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...